Magia w blasku księżyca

Magic made by Allen

Klimatyczny, uroczy, nastrojowy, tajemniczy… Gdy myślę o najnowszym filmie Woody’ego Allena Magia w blasku księżyca (Magic in the Moonlight, 2014) właśnie takie określenia przychodzą mi do głowy. Chociaż najchętniej, nie bacząc na to, że niemal identyczne słowa wystąpią w tak krótkim odstępie w jednym akapicie, napisałabym po prostu, że jest to obraz magiczny. Zresztą, trudno, aby było inaczej, wszak film Allena opowiada właśnie o magii, zarówno tej w wydaniu kuglarskim, jak i tej, w którą czasem chcemy wierzyć, popularnie zwanej szóstym zmysłem, zdolnościami mediumicznymi i/lub wrażliwością sensoryczną.

Tego lata nowojorski reżyser opuścił amerykańskie i europejskie wielkie miasta na rzecz prowincji usytuowanej na południu Francji. Stał się także staroświecki, co zdeterminowała fabuła umieszczona w 1928 roku, charakterystyczna, trącąca myszką muzyka, bujne ogrody, stare rezydencje, opuszczone obserwatorium i zadymiony klub z szansonistką parodiującą występy Marleny Dietrich. Widz wprost rozpływa się w urokliwym klimacie południowofrancuskiego międzywojnia, a okiem kamery Dariusa Khondji widzi przepiękne widoki Prowansji, dostojne wille z winnicami oraz urokliwe stare meble i bibeloty. Czyż nie jest to idealne tło dla odpoczynku i rozrywki w postaci doprowadzania pewnej mediumicznej oszustki do zguby? Bo tym właśnie w wolnym czasie zajmuje się główny bohater Magii, Stanley Crawford (Colin Firth), z zawodu iluzjonista, z przekonania skrajny racjonalista – rozszyfrowuje oszustów, którzy żerują na łatwowierności osób pragnących nawiązać kontakt ze zmarłymi. Jednak gdy spotyka rzekome medium, które okazuje się uroczą, bardzo przekonującą Sophie Baker (Emma Stone), jego pewność siebie zaczyna się kruszyć…

Z tego krótkiego opisu łatwo wywnioskować, że Magia w blasku księżyca jest filmem o… wojnie. Tak! O odwiecznej wojnie pomiędzy romantyzmem a pragmatyzmem, wiarą w zjawiska nadprzyrodzone a twardym stąpaniem po ziemi, sensualnością a logiką. Para głównych bohaterów oczywiście uosabia te przeciwieństwa, ale jak to w obrazach najbardziej znanego na świecie neurotyka bywa, kobieta będzie miała na mężczyznę ogromny wpływ, zdecydowanie większy niż on na nią. Z kolei postać kreowana przez Firtha też będzie pewnym lejtmotywem znanym z twórczości reżysera, ponieważ Stanley to typowy męski bohater z nieco starszych filmów nowojorczyka, w których niegdyś wcielał się sam Allen. Co prawda jest od nich wyższy, przystojniejszy i zdecydowanie bardziej dystyngowany, lecz równie inteligentny, zarozumiały, rzucający ciętymi ripostami i uważający, że kobieta ciesząca się jego zainteresowaniem ma niebywałe szczęście! I, mimo że osobiście wolę Firtha we wcieleniu dramatycznym niźli komediowym, tak talentu odmówić mu nie mogę. Gra smacznie, momentami z tak pożądaną nutką histerii, przede wszystkim jednak świetnie sprawdza się w roli bohatera, który sprawia wrażenie jakby połknął kij. Niestety, nieco mniej przekonuje Emma Stone. W momentach rzekomych wizji jej vis comica wypada mocno karykaturalnie. Chociaż z drugiej strony, całkiem sensowna wydaje się inna wersja interpretacji jej gry, mianowicie taka, że sam Allen przykazał młodej aktorce, iż jej Sophie ma być przerysowana – mówić z seksowną chrypką, a niewinnym, nieco dziecięcym wyrazem twarzy zmiękczać nawet najtwardsze serce.

Jednym z tych serc będzie, rzecz jasna, serce Stanleya. I nic to, że dziewczyna pokpiwa sobie z jego ideałów i jest ze trzydzieści lat odeń młodsza, bowiem trzecim rodzajem magii obok sztuki iluzjonistycznej i kontaktu ze światem duchów, jest w filmie Allena miłość, a ściślej – porywy serca tak niezwykłe i nierozsądne, że sprawiające wrażenie swoistego zaczarowania. W oczywisty sposób czyni to opowieść przedstawioną w Magii w blasku księżyca banalną i cukierkową, jednak nie na każdym jej fabularnym zakręcie jest tak przewidywalnie jakbyśmy się mogli obawiać. Nowojorczyk nadal jest świetnym dramaturgiem i bardzo sprawnie posługuje się filozofią filmowych zaskoczeń. Pewne elementy obecne na początku seansu tudzież w jego pierwszej połowie zostaną zjawiskowo wykorzystane w finale, co w znacznym stopniu sprawi, że widz wybaczy Allenowi banalną w sumie historyjkę, sztuczność niektórych chwytów wziętych niczym z taniego romansu i dialogi, które niekoniecznie są tak błyskotliwe i zabawne, jak moglibyśmy się po królu inteligentnej i intelektualnej komedii spodziewać.

Jednak, mimo paru słabostek i oczywistego odcinania przez Allena kuponów od wcześniejszego dorobku, będę jego najnowszy film bronić choćby i własną piersią. Od lat nie spotkałam się bowiem z obrazem o tak spójnym klimacie pełnym uroku, tajemniczości i autentycznej magii, który jest idealnie – tak: idealnie! – podkreślony za pomocą drobiazgowej scenografii, zachwycających plenerów i muzyki brzmiącej niczym z gramofonowej płyty. Jeszcze do niedawna spoglądałam na poczynania nowojorskiego reżysera głośno ziewając. Tymczasem, odkąd wyszłam z seansu parę dni temu, jestem na nowo pod urokiem jego sztuki. Warto było dać mu szansę, bo Magia w blasku księżyca jest, nie przesadzając, czarująca.

7/10

Paulina Stoparek


Magia w blasku księżyca, 2014, prod. USA, scen. i reż. Woody Allen, wyst.: Colin Firth, Emma Stone i in.

Za seans dziękuję images

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s