Lucy

W piaskownicy z Bessonem

Trudno brać Lucy (2014), najnowszy film Luca Bessona, na poważnie. Nie dość, że jej intryga opiera się na nieaktualnej już teorii wykorzystywania jednej dziesiątej możliwości ludzkiego mózgu, to na dodatek francuski reżyser swoje dzieło poniekąd sam bierze w nawias, przekazując niektóre jego sensy w sposób przesadnie dosłowny. Mało tego: wiele jest w Lucy scen pretekstowych, mających na celu jedno – stworzyć fenomenalne i absurdalne, bo fabularnie zupełnie niepotrzebne, obrazy akcji ukazujące jedną pogoń za drugą, wspomagane masą wystrzelanych naboi, podrygujących trupów i samochodów, którym rychło pozostanie tylko pójście na złom.

Tytułowa Lucy (Scarlett Johansson) jest aktywnie imprezującą amerykańską studentką mieszkającą w Tajwanie. Jak typowa tego rodzaju młoda istota pamięta o tym, żeby na imprezę ubrać się wystrzałowo, podczas gdy staranny manicure nie jest już tak ważny. Podobne podejście ma do chłopaków – młody samiec ma umieć przyciągnąć uwagę, a subtelne szczegóły budzące wątpliwości nie mają większego znaczenia. Pewnego dnia ten rodzaj wątpliwej intuicji ją gubi. Nowy znajomy wciąga ją w narkotykowe interesy gangsterów, które dla niego kończą się śmiercią, a dla niej – zaszyciem nieznanej substancji w jamie brzusznej z rozkazem przetransportowania jej do USA. Jednak to nie wszystko, bo harda dziewczyna, mocno skopana przez pomagierów narkotykowego bossa, pana Janga (Min-sik Choi, ten sam, który zagrał główną rolę w Oldboyu (2003) Chan-wook Parka), mimowolnie staje się nie tylko naczyniem dla nieznanej substancji, lecz także (!) mutantem. Tajemniczy narkotyk bowiem uwalnia się z worka umieszczonego w brzuchu Lucy i zaczyna przedostawać się do jej organizmu. Konsekwencją tego jest wzrost wykorzystywania przez dziewczynę funkcji mózgowych, zapewniających jej niezwykłą sprawność, możliwość zjawiskowej analizy, a nawet sterowania materią i innymi ludźmi.

Chociaż słowo „mutant” na nazwanie Bessonowskiej bohaterki A.D. 2014 nie do końca oddaje istotę rzeczy. Francuz stara się bowiem przekonać widza do przestarzałej już teorii naukowej o wykorzystywaniu przez człowieka 10% możliwości mózgu i w początkowej fazie filmu można odnieść wrażenie, ze traktuje swój pomysł serio. Poczynania Lucy poddanej działaniu narkotyku przeplata z wykładem profesora Normana (Morgan Freeman), gdybającym, co by się działo, gdyby człowiek wykorzystywał ponad 10% zdolności mózgowych, który budzi szacunek nie tyle rozległością swojej wiedzy, ile ogromną rzeszą uczestników swojego wykładu, spoglądających na niego z nabożnym uwielbieniem. Żeby było ciekawiej, przemowa naukowca i przygody dziewczyny przecinają także obrazki zapożyczone z filmów przyrodniczych, a także produkcji typu Koyaanisqatsi (1982) Godfreya Reggio i Samsary (2011) Rona Fricke, mające za zadanie trafnie, chociaż niestety dość łopatologicznie, obrazować fabularne wydarzenia. Zresztą, nie tylko na tego rodzaju zapożyczeniach Besson bazuje. Widać, ze starał się odrobić lekcje, bo ośmielił się nawet cytować Stanleya Kubricka i jego dzieło życia, 2001: Odyseję kosmiczną (2001: A Space Odyssey, 1968).

No właśnie: starał się. Albo inaczej: świadomie się odniesieniami do Kubricka zabawił. Porównanie Lucy do pierwszej, przypominającej małpę, kobiety, jest pójściem na całość i już w tych pierwszych minutach seansu aż strach pomyśleć, co będzie dalej. A dalej, proszę państwa, Besson pokazuje, jak to fajnie jest dosiąść swojego ulubionego konika i – dalejże! – podzielić widzów ukazaniem mnogości absurdów w zniewalającej postaci. A co jest ulubionym konikiem Bessona? Od zawsze był nim neobarok, a od pewnego czasu także kicz. I podczas gdy ostatnimi laty Francuz nastawił odbiorców głównie na to drugie, tak w Lucy powraca do neobarokowych korzeni, z tym że podniesionymi do szóstej potęgi. Nie jest to już tylko – idąc za definicją tego nurtu – postmodernistyczna estetyka opierająca się na efektownej, osobliwej stronie wizualnej, czerpiącej garściami z wideoklipów i/lub komiksów, a także na nieskrępowanej zabawie filmowymi gatunkami, często z domieszką czarnego humoru, absurdu, surrealizmu, lub też odwrotnie – z pełną powagą, romantycznym patosem, liryzmem, a czasami łączącej to wszystko. W Lucy bowiem absurd sięga zenitu, a im dalej w las tym jest, najprościej mówiąc, głupiej. Przeciętnie inteligentny widz nie tylko uzna przedstawioną w niej teorię za nieprawdziwą (wystarczy zajrzeć w Google, by się przekonać, że tak jest), lecz także wraz z wyzwalaniem kolejnych zdolności umysłu bohaterki – ilustrowanych procentowo kolejnymi tablicami, których obecność pozwala na dwusekundowy oddech od kolejnych fajerwerków – przestanie i ogarniać to, co dziewczyna zaczyna wyprawiać, i wierzyć, że to jest możliwe. Besson naciąga naukowy sznyt do tego stopnia, że mniej więcej w połowie projekcji obraca się on przeciwko niemu, zyskując znamiona widowiskowej głupoty. I podczas gdy nadzwyczajnie sprawna fizycznie Lucy słysząca przepływająca w żyłach krew oraz pamiętająca swoje niemowlęctwo i smak mleka matki jest fascynująca, tak Lucy siłą woli – albo materii, sama już nie wiem, pogubiłam się – unosząca napastników jest absurdalnie niestosowna.

Mimo tej niestosowności jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Besson doprowadził do niej z pełną świadomością. Miał oryginalny pomysł i wprowadził go w życie za pomocą swoich ulubionych zabawek, pokazując tym samym, iż jako twórca absolutnie nie dorósł, ale że wcale mu to nie przeszkadza. Trudno mi bowiem uwierzyć, że ktoś, w czyjej głowie zrodził się taki zamysł na film – no dobrze, wspomożony nieco obrazem Jestem Bogiem (Limitless, 2011) Neila Burgera – nie zauważył, że absurdem jest najpierw pozwolić bohaterce, za pomocą jej niezwykłych zdolności, uśpić przeciwników, a na następnym zakręcie zezwolić jej na zabijanie kolejnej grupy pomagierów Janga. Albo absurdalny pościg po ulicach i ogromne stary w policjantach, podczas gdy dziewczyna doskonale poradziłaby sobie sama. Na co to, po co? Ano po to, żeby było widowiskowo, żeby blockbusterowy widz miał maksymalna radochę, oczywiście pod warunkiem, że jest takim samym dzieckiem jak Besson. Za dużo jest w Lucy tego typu absurdów, aby uznać je za nieświadome działanie twórcy i za to ostentacyjne szczeniackie bawienie się konwencją kina akcji przemieszanego z science-fiction, o wcześniejszych umyślnie łopatologicznych wstawkach przyrodniczych nie wspominając, należy mu się uznanie. Francuski wieczny chłopiec stworzył ze swoich klocków doprawdy zjawiskową budowlę.

I mimo, że ta budowla w moich oczach – czyli oczach nie kinomana-dużego dziecka, a dojrzałego widza – w miarę trwania seansu coraz bardziej chwiała się w posadach, tak wiedza filmowa pozwoliła mi pojąć zamysł Bessona. Skłamałabym również pisząc, że żadne szkiełko z tego mnóstwa kalejdoskopowych konfiguracji mi się nie podobało. Urzekło mnie bowiem zobrazowanie rozchodzenia się narkotyku w ciele Lucy, jej widzenie fal sieci telekomunikacyjnych czy błyskawiczna ocena stanu zdrowia przytulonej na chwile współlokatorki. Spodobało mi się również, że Besson, po wariackich taksówkach i bajkowych Arturach, powrócił do fabuły opartej na wyrazistej kobiecej bohaterce. Na długo zapamiętam Scarlett Johansson w roli dziewczyny, która nagle zaczyna wiedzieć za wiele, która nie patrzy w oczy rozmówcy, ponieważ za bardzo absorbuje ją to, co słyszy, odczuwa, odbiera swoim szóstym, narkotykowym, zmysłem. Takie ukazanie coraz bardziej oddalającej się od umiejętności przeciętnego człowieka bohaterki mnie przekonało, a momentami nawet zachwycało. Po roli płytkiej seksbomby w Don Jonie (2013, reż. Joseph Gordon-Levitt) Johannson skutecznie przełamała coraz bardziej zamykające się wokół niej ramki piersiastej blondyny rolą młodej kobiety, którą zaczyna zjadać jej własny umysł. Brawo!

Siedząc na sali kinowej i przez 90 minut bawiąc się wraz z Bessonem jego klockami spędziłam całkiem miłe chwile. Co prawda bardziej czułam się jak opiekunka przypatrująca się absurdalnym poczynaniom małoletniego podopiecznego, ale skłamałabym pisząc, że nie było wielu momentów, kiedy wraz z nim z zaangażowaniem budowałam tę wieżę. Wieżę, która, jako że zaczęła sięgać zbyt wysoko, w pewnym momencie zaczęła się chwiać. A runęła pod koniec seansu, podczas sceny, którą, aby nie zdradzać za wiele, nazwę sekwencją pochłaniania i kumulacji. To było dla mnie już za wiele. Jednak uznanie do Bessona pozostało. Bo jest artystą z konkretną wizją, w którą konsekwentnie i bez zahamowań brnie. A to nie jest głupie. Ale straceńcze – owszem.

5/10

Paulina  Stoparek


Lucy, 2014, prod. Francja, scen. i reż. Luc Besson, wyst.: Scarlett Johansson, Morgan Freeman i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/lucy/.

Reklamy

4 thoughts on “Lucy

    • Witaj. Bardzo mi miło, że tu zaglądasz, tym bardziej, że cenię twojego bloga – jesteś prawdziwą pasjonatką książek. 🙂 Ciekawi mnie, co napiszesz o „Szczerze oddanej”, czy też uznasz, że początek zabija klimatem, a potem jest już jak w kiepskiej bajce, w której pieniądze na karkołomne zabiegi i pomoc ofiarom spadają z nieba.

      Polubienie

  1. No właśnie: starał się.” – dokładnie tak. Generalnie podzielam zdanie na temat filmu 🙂

    Min-sik Choi – Old Boy to Old Boy, wiadomo. Jednak jego występ w „I Saw the Devil” zwrócił uwagę wszystkich reżyserów poszukujących świrów do swoich filmów 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s