Anna Klejzerowicz – List z powstania

Tajemnica pokryta patyną

Mówi się, żeby nie oceniać książki po okładce. Gdy jednak zagłębiłam się w treść powieści List z powstania autorstwa Anny Klejzerowicz, symbolizm jej oprawy zaprojektowanej przez Olgę Reszelską mnie uderzył. Podzielona na dwie części okładka ukazuje mroczny, zniszczony i brudny przedsionek w głębi kamienicznej bramy z sylwetką skulonego w niej człowieka, kojarzący się z tymczasowym schronieniem uczestnika powstania, które jak tytuł powieści wskazuje odegra w jej fabule niebagatelną rolę. Ponad tym smutnym widokiem widzimy kwiat leżący na zapisanych odręcznym pismem stronach, zapewne tytułowym liście. Roślina zaczyna już więdnąć, jednak widać w niej jeszcze siłę tlącego się życia. Jest już, jak na średnią żywota ciętego kwiatu, stara, ale nadal pulsuje intensywnością barw. Zupełnie niczym pamięć o tajemniczych okolicznościach, w których zaginęła łączniczka Hanna, siostra i ciotka głównych bohaterek powieści, które mimo upływu lat nadal pragną ją odszukać…

Anna Klejzerowicz wie jak sprawić, by czytelnik otworzywszy jej powieść nie chciał jej wypuścić z rąk dopóki nie zakończy lektury. Liczący niecałe cztery strony prolog Listu z powstania, to dynamit, który nim wybuchnie urzeka klimatem namacalnego niepokoju, a gdy jego lont spali się do końca nie zdążymy nawet otworzyć ust w niemym krzyku – tak błyskawicznie wszystko się rozgrywa. Następnie akcja się uspokaja, jednak jest to tylko spokój pozorny, ponieważ pamiętnikowa wypowiedź głównej bohaterki, Marianny, sugeruje traumę, która nastąpiła w wyniku nieznanych nam jeszcze wydarzeń. Wiemy tylko, że kobieta kochała, a może nadal kocha, że jej życie legło w gruzach i że się czegoś bardzo się boi… Kolejne strony kontynuują ten typ opowieści, której poszczególne rozdziały będą się kończyć pobudzającymi wyobraźnię zdaniami sugerującymi istnienie kolejnych, jeszcze większych tajemnic, co nada Listowi z powstania znamion sensacji.

Gdańska pisarka gra na emocjach odbiorcy i wcale się tego nie wstydzi. Momenty obyczajowe zgrabnie przeplata wspomnianą sensacją, mieszając życie osobiste Marianny, jej rodziny i znajomych z wiszącą niczym topór w skoncentrowanym powietrzu tajemnicą, o której od początku wiemy, że lepiej jej nie odkrywać… Jednak parcie, by poznać prawdę jest coraz silniejsze i rośnie wprost proporcjonalnie do pragnienia wyjaśnienia przeszłych wydarzeń wypełniającego życie bohaterek. Klejzerowicz bierze czytelnika za rękę i nieustępliwie prowadzi do celu, świadomie robiąc przystanki, które tylko wyostrzają ochotę do dalszej wędrówki. Rodzinne i towarzyskie scenki, domowe przysmaki i aromatyczne herbaty, które tak lubią pić Marianna i jej matka, Julia, nadające powieści pogodnego wydźwięku wziętego niczym ze sklepiku czekoladowego Vianne, bohaterki Czekolady Joanne Harris – są punktami fabularnymi pozwalającymi na krótki oddech, tak wskazany w podróży ku temu, co głęboko skryte. I właśnie ze względu na to, że mamy cały czas świadomość nieodwołalnego mroku, ku któremu zmierzają bohaterowie, ta chwilowa słodycz nie mdli. Przeciwnie: pozwala zebrać energię by zmierzyć się z najgorszym.

Zanim dojdę do owego najgorszego, zatrzymam się na moment przy tytułowym powstaniu, czyli 63 dniach wyzwoleńczego zrywu, który z jednej strony pokazał niebywałe bohaterstwo Polaków, a z drugiej – był przesiąkniętym ideałami porywem, w wyniku zbyt słabego uzbrojenia, zakończonym rzezią, o którego zasadność do dziś toczą się zażarte dyskusje. Oczywistym jest zatem, że mówiąc, pisząc czy kręcąc film o powstaniu warszawskim łatwo o patos i politykowanie. Klejzerowicz na szczęście ustrzega się tego, zachowując stanowisko neutralne. Opisując kłótnie starszej bohaterki z młodszą o sens tamtych walk, przedstawia racje zarówno jednej, jak i drugiej. Nie tylko rozumie twardogłowe stanowisko Marianny, uważającej powstanie za bezsens, lecz także wspiera niemal zatarte już wspomnienia Julii, pchając ją i jej męża ku kolejnym wizytom w Warszawie i odwiedzaniu byłych powstańców. Wydarzenia z 1944 roku są zarówno hołubione przez bohaterów, jak i są ich przekleństwem: nie pozwalają normalnie funkcjonować, często skazują na wyobcowanie, powodują niekończące się wspominki o tym co było, zamiast pozwolić stawić czoła przyszłości. Co ciekawe, mimo że problem zrywu narodowego nieustannie przewija się przez powieść, samego powstania jest w niej niewiele. Poza prologiem nie znajdziemy fragmentów rozgrywających się w czasie wojny, jednak to niewielkie objętościowo wtrącenie, dzięki ujęciu dosłownie w kilku zdaniach sedna grozy tamtych czasów, wystarczy. Nieustające odgłosy wystrzałów i strach, że nocą ktoś puka do drzwi i że nie będzie to oczekiwana przez rodziców córka… Wrażenie jest bardzo plastyczne, ale stricte historii w tym niewiele. Jednak nie zmienia to faktu, że powieść jest znaczeniem powstania przepełniona, a działanie nie tylko Marianny i Julii, lecz także towarzyszących im osób, jest nim zdeterminowane, na trwale naznaczając ich życie, tworząc swojego rodzaju osobne żywoty w tych właściwych.

Uchylając się od ukazania fabuły w powstańczych czasach, Klejzerowicz sprawnie przemieszcza się po latach późniejszych, czyli niechlubnym okresie PRL-u, który na kartach jej powieści bynajmniej nie ma nic wspólnego z filmami Barei. Ten okres to ponowny strach przed odwiedzinami, lecz oczywiście innego rodzaju. Śledzenie, przeszukiwanie mieszkań, gwałcenie prywatności, nieufność… I mimo negatywnego wydźwięku tych czasów, pani Anna ponownie ustrzega się politykowania, zgrabnie wplatając w niechlubny system służących mu funkcjonariuszy, którzy negatywnymi bohaterami bynajmniej nie są. Generalnie, patrząc całościowo na List z powstania, nie ma w nim jednoznacznie dobrych i złych postaci, co zostało ukazane chociażby na przykładzie Marianny i Julii, które trudno uznać za sympatyczne, mimo jednoczesnej szlachetnej pamięci dla zaginionej Hanny i aktywnych jej poszukiwań. Tylko, ponownie skręcając w negatywną stronę ludzkiej natury, poszukiwania te naznaczone będą obsesją niedaleką od powiedzenia „po trupach do celu”… Tak, bohaterowie Klejzerowicz z pewnością nie są koturnowi i przypisani jednemu poziomowi. Popełniają błędy, narażają bliskich, niesłusznie oskarżają, a jednocześnie mają w sobie pewną nieokreśloną poczciwość i poczucie sprawiedliwości.

Jedno jest tylko złem najczystszym w Liście z powstania – tytułowy dokument i osoba, której ręką został skreślony. Mimo może nie do końca trafnego – bo mało obrazowego – wyjaśnienia ważkich fabularnych zwrotów z przeszłości jaki oferuje forma prozy epistolarnej, ów fragment powieści przeraża. Podczas kontaktu na popularnym portalu społecznościowym pani Anna przeprosiła mnie za to, jeśli przeraziła za bardzo swoją opowieścią. Zupełnie niepotrzebnie. Bo lubię podczas lektury czasem zanurzyć głowę w bagnie, a jednocześnie mieć wypieki na policzkach. Bo zrozumiałam, bo poczułam, bo weszłam w czyjąś przesiąkniętą złem skórę, chorą, zdeprawowaną, okrutną. Wszystkie wspomniane wcześniej herbatki czy rodzinna serdeczność, zawarte w powieści, wydały się nagle bardzo odległe, a pozostał sam szok. Niezwykłe.

Lubię takie powieści wybitnie na serio, owiane mrokiem, w które wsiąkł ciężar wielkich dramatów. Ukazanych bez patosu, ustrzegających się ckliwości i mimo ich doniosłości nakreślonych lekkim, ale eleganckim piórem, którego słowa wprost się chłonie. Czasem co prawda owo chłonięcie było zbyt dosłowne, bo częściowo zbytnio ugładzone dialogi, tak wygodne w czytaniu, miałam ochotę nieco rozwichrzyć i nadać im większą charakterność, nerwa jak to się powszechnie mówi. Wolałabym także, aby powieść była o jakieś 70 stron dłuższa, tak aby więcej miejsca zostało poświęconego na ukazanie wydarzeń, które na niecałych 330 stronach, zostały sprowadzone do krótkich informacji, o niezbyt przeze mnie lubianym charakterze reportażowym, który stwarza niepotrzebny dystans. Jednak nie wątpię, że wielu czytelnikom ten charakter opowieści – jak chociażby streszczenie dzieciństwa albo początków małżeństwa Julii, czy też niektórych aspektów śledztwa – będzie odpowiadał, bo najprościej rzecz ujmując będzie gnał do przodu aż miło.

Mimo delikatnego niedosytu rozumiem, że Klejzerowicz bardziej chciała się skupić na nastoletnim i dorosłym życiu Marianny i poszukiwaniach jej zaginionej ciotki, a także, że zależało jej na tym, aby ukazać wiekowość tajemnicy bez nadmiernego rozdmuchiwania pobocznych biografii. To też jest dobre rozwiązanie, na dodatek nadające całości szlachetny odcień patyny, którą powieść mogłaby utracić, gdyby każdemu jej aspektowi na przestrzeni czasu akcji przyglądać się bardzo dokładnie. Patyny przez którą prześwituje powierzchnia pełna życia. Zupełnie jak w przypadku tego kwiatu z okładki. Jak widać czasem można oceniać wnętrze po oprawie. Mam nadzieję, że moja interpretacja okazała się słuszna.

7/10

Paulina Stoparek


Anna Klejzerowicz, List z powstania, Filia, Poznań 2014.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/anna-klejzerowicz-list-z-powstania/.

Reklamy

One thought on “Anna Klejzerowicz – List z powstania

  1. Pingback: Anna Klejzerowicz – Cień gejszy | Moonbloger

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s