Ryszard Ćwirlej – Mocne uderzenie

„A gdybym był młotkowym (…), to co byś powiedziała?”[1]

Zawsze ilekroć sięgam po powieści Ryszarda Ćwirleja jestem przekonana, że czekają mnie chwile pełne uśmiechów, kręcenia z niedowierzaniem głową i wybuchów niekontrolowanego śmiechu. W każdej odsłonie swojego cyklu o milicjantach z Poznania, pan Ryszard pozostaje w temacie śmieszności doby PRL-u i oddychania jego klimatem, które co prawda pozwalają kryminalnym zagadkom na przestrzeni książki się rozwijać, lecz w ogólnym rozrachunku – ani myślą zejść na drugi plan. Nie inaczej jest w najpóźniejszym jak dotąd chronologicznie tomie serii zatytułowanym Mocne uderzenie.

Rok 1988. PRL chyli się ku upadkowi. Ludzie coraz częściej przeklinają Jaruzelskiego i z czcią mówią o Wałęsie. Służba Bezpieczeństwa nadal ma długie ręce, ale można odczuć, że jej siła słabnie. Milicjant nadal jest kojarzony z najbardziej haniebnym zawodem świata, ale w szeregach stróżów prawa jest coraz więcej osób pragnących przywrócić milicyjnej odznace utraconą cześć, tak aby przestała być kojarzona z białymi pałkami i okropieństwami ZOMO. Buntowniczo szumiąca młodzież utożsamia się z rozmaitymi subkulturami, których największy zjazd w Polsce ma miejsce nie gdzie indziej jak w Jarocinie podczas popularnego festiwalu muzycznego. To właśnie na jego barwnym, dudniącym i wrzaskliwym tle dochodzi do okrutnego zabójstwa. W namiocie zostaje znaleziona młoda dziewczyna, rozebrana i z dziurą w głowie. Lekarz policyjny stwierdza uderzenie tępym narzędziem, najpewniej młotkiem. Pełniący na festiwalu misję incognito, mającą zapewnić na imprezie względny spokój, a także na prośbę rodziców pilnujący swojej młodszej siostry kapral Mariusz Blaszkowski w nieco samozwańczy sposób rozpoczyna dozór nad dochodzeniem…

Celowo rozpoczynam powyższe streszczenie od nakreślenia sytuacji i nastrojów panujących w ówczesnej Polsce, ponieważ sądzę, że to tak naprawdę one, obok grupy Ćwirlejowych milicjantów, są głównymi bohaterami. Poszukiwanie młotkowego, jak „urokliwie” – nawiązując do ówczesnego hitu Formacji Nieżywych Schabuff zatytułowanego Klub Wesołego Szampana – nazywają zabójcę śledczy, i ostateczne rozwiązanie zagadki morderstw jest skutecznie przerywane scenkami i opowieściami, bardziej przynależnymi filmom Stanisława Barei niż mrocznemu kryminałowi. Absurdalny humor wylewa się z prozy Ćwirleja litrami i odwrotnie proporcjonalnie do wlewanego przez bohaterów w gardła alkoholu. A w tym przyjemnym, choć zabójczym dla wątroby „sporcie”, jak zwykle przoduje Teofil Olkiewicz z dumnym tytułem podporucznika nadanym mu za zasługi w poprzedniej części cyklu, również świetnej Ręcznej robocie. O tym niezgrabnym opoju, usiłującym zakryć łysinę pod wiecznie opadającą zaczeską, wspominałam już w moich poprzednich tekstach na temat innych tytułów z serii, więc tutaj napiszę tylko jedno, mam nadzieję dosadne zdanie na jego temat, mianowicie że moje obrzydzenie względem tej postaci jest równie mocne jak uwielbienie, i że swoim nieustającym kombinowaniem, jakby się tu napić, nieprzerwanie mnie rozbraja i doprowadza do wybuchów śmiechu.

Chichot podczas czytania Mocnego uderzenia będzie nam towarzyszył często, o ile oczywiście Ćwirlejowe poczucie humoru leży w granicach naszych upodobań. Myślę, że pan Ryszard, jak każdy pisarz istniejący na rynku wydawniczym już dłuższy czas, jest świadom tego, że nie każdy czytelnik pojmie jego żarty, zachwyci się absurdami i karykaturą świata PRL-u, podobnie jak nie każdy doceni przaśność jego bohaterów. Jestem też zdania, że do tego typu prozy trzeba – mimo wspomnianych śmieszności – dorosnąć i/lub załapać się na chociażby wczesne dzieciństwo w tym niechlubnym okresie polskiego ustroju, aby wszelkie jej niuanse uchwycić. Z pewnością też znajdą się i tacy, których nieustające libacje Ćwirlejowych postaci i wszechobecność tak zwanych szuszfoli[2] zmęczy. Bo przecież nastawili się na śledztwa, pościgi i strzelaniny! Kiedyś, na początku mojego romansu z twórczością pana Ryszarda, też towarzyszyły mi podobne myśli, jednak ostatecznie odnalazłam się w jego świecie, wygodnie umościłam i, krótko mówiąc, jego filozofię świata przedstawionego kupuję. Szybko stało się dla mnie jasne, że czytając jego książki tylko czekam na PRL-owskie smaczki, wszystkie te zielone i brązowe butelki, wódki stołowe i żytnie, ceratowe obrusy i kombinacje jakby tu zalać smutki w szarej rzeczywistości socjalizmu. I wdzięczna jestem Ćwirlejowi za to, że jest w sposobie pisania konsekwentny, ze swadą i entuzjazmem prowadząc swoich bohaterów przez kolejne lata tego najdziwniejszego chyba w historii Polski ustroju.

Skoro o dziwnościach mowa, w Mocnym uderzeniu zachwyca komiksowe wręcz uwiecznienie akcentów subkulturowych. Skini, punki, popersi i inni, którzy dla naszych milicjantów są, nie przebierając w słowach, cudaczną hołotą, przewijają się przez kolejne strony aż miło, dodając lokalnego kolorytu jarocińskiemu festiwalowi. Sama ta impreza zresztą oraz wszystkie jej wady i zalety oddane zostały rewelacyjnie. Bród, smród i ubóstwo w zestawieniu z łączącą młodych zapaleńców muzyką, koedukacyjnymi namiotami i kilkudniowymi namiętnymi romansami opisał Ćwirlej w sposób bardzo plastyczny, a wmieszanie w wydarzenia Jerzego Owsiaka, w późnych latach 80. będącego na etapie Towarzystwa Przyjaciół Chińskich Ręczników jest tak smakowite, że tylko upewniam się, iż pan Ryszard nie od parady skradł moje czytelnicze serce. Mało tego, barwna postać Owsiaka posłużyła także charakterystycznemu dla tego autora przepowiadaniu przyszłych, obecnie bardzo wyrazistych, zjawisk. Według mnie to jeden z najlepszych fragmentów nie tyle w Mocnym uderzeniu, ile w całym prozatorskim dorobku Ćwirleja i piszę to z całą odpowiedzialnością.

Pan Ryszard niewątpliwie należy do najbardziej charakterystycznych polskich pisarzy pewnie i konsekwentnie kroczących po swoim wyimaginowanych światach. Jest też jednym z tych autorów, którzy w książkowych dialogach nie używają ugładzonego języka tak często obecnego w słowie drukowanym, wręcz przeciwnie: stosuje powtórzenia, jąkania, seplenienia i osobne style mówienia charakteryzujące poszczególnych bohaterów. Nie stroni też od poznańskiej gwary, z którego to powodu słowniczek na końcu książki niejednokrotnie okazuje się bardzo potrzebny. Dzięki tym dialogowym zabiegom jego proza jest stylistycznie mięsista, w swoim wyrazie przekonująca. I mimo że czasem nie obejdzie się bez zrobienia sobie przerwy w czytaniu, gdy chwilowo będziemy mieć dość pijaństwa i szuszfolowych śmieszności – tak uważam Ćwirleja za bardzo zdolną pisarską bestię, a na premierę jego najnowszej książki, Błyskawiczna wypłata, czekam z pełną entuzjazmu niecierpliwością.

7/10

Paulina Stoparek


[1] Słowa pochodzą z piosenki Formacji Nieżywych Schabuff Klub Wesołego Szampana, której autorem tekstu jest Wojciech Płocharski.

[2] W gwarze poznańskiej: brudas, obdartus.


Ryszard Ćwirlej, Mocne uderzenie, W.A.B., Warszawa 2011.

Za książkę dziękuję Autorowi i

Advertisements

One thought on “Ryszard Ćwirlej – Mocne uderzenie

  1. Nie skłamię, jeśli napiszę, że ostatnio często słyszę o tym autorze i jego utworach. A najciekawszy w tym wszystkim jest fakt, że każda z opinii jest pozytywna. Muszę wreszcie zapoznać się z którąś z jego książek 😉

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s