W obronie „Adwokata”

https://i0.wp.com/static.polskieradio.pl/19c8def3-d0bc-4423-a2d6-7811c9362c24.file

Adwokat (The Counselor, 2013), najnowsze dziecko Ridley’a Scotta, podzielił publiczność do tego stopnia, że wśród odbiorców tego filmu powstało środowisko dwubiegunowe i jedni go kochają, inni – nienawidzą. Niestety więcej jest tych, którzy kręcą nosem na wszystko, co go dotyczy, począwszy od scenariusza, poprzez symbolizm,  na grze aktorskiej skończywszy. Ostatnio miałam okazję być w kinie i poznać powód tych wszystkich dyskusji. Moje wrażenia? Bardzo pozytywne. Mało tego: mam nieposkromione parcie na Worda i aż mnie świerzbią palce, aby napisać tekst broniący tego filmu. Zatem do dzieła.

Fabuła na pozór jest prosta. Tytułowy bezimienny adwokat (Michael Fassbender) wydaje się mieć wszystko: dobre zdrowie, kochającą kobietę, satysfakcjonująca pracę i świetną sytuację materialną, a przed sobą – świetlaną przyszłość. Jednak bliżej nieokreślona podkuszona butą potrzeba każe mu posiąść jeszcze więcej pieniędzy i w tym celu wplątać się w ciemne interesy z przypadkowo poznanym właścicielem klubu nocnego Rainerem (Javier Bardem). Mimo ostrzeżeń i złych przeczuć decyduje się zawrzeć mariaż ze światem przestępczym i wziąć udział w przejęciu ładunku narkotyków o niewyobrażalnej wartości. Problemy zaczynają się, gdy transportowany towar znika, co sprawia, że Bogu ducha winny adwokat wbrew sobie wplątuje się w nieokiełznany wir zła, pociągając za sobą ukochaną Laurę (Penélope Cruz). Tak w ogromnym skrócie można by wprowadzić nieświadomych w fabułę filmu. Jednak jak napisałam powyżej, historia ta tylko wydaje się być prostą. A w miarę upływu czasu dzielącego mnie od zakończonego seansu tylko utwierdzam się w przekonaniu, że wszystko, co w Adwokacie pozornie banalne, zostało rozłożone w niespotykaną precyzją, godną wytrawnego szachisty.

Mówiąc o scenariuszu filmu Scotta nie  można zapominać o tym, który go stworzył, czyli o Cormacu McCarthym, jednym z najpopularniejszych, najzdolniejszych i nieustannie ocierających się o Literacką Nagrodę Nobla współczesnych pisarzy. Ponieważ moją przygodę z jego książkami dopiero rozpoczynam, samoistnie nie będę się wypowiadać na temat tego, co charakterystyczne w fabułach przezeń tworzonych. Jednakże posługując się wiedzą mojego redakcyjnego kolegi Rafała Siemko, bardzo cieniącego twórczość tego amerykańskiego pisarza, wspomnę, że świat kreowany przez McCarthy’ego najczęściej wypełniony jest ogromnym, niemal niewyrażalnym złem, w które niby to niechcący zaplątuje się bohater, zwykle pochodzący z nizin społecznych. Na użytek Adwokata jednak amerykański pisarz uczynił swojego bohatera przedstawicielem wyższej i lepiej wykształconej klasy, majętnej i poza wygórowanym ego nie posiadającej wyraźnie nakreślonych problemów. Pomysł to iście hollywoodzki i wizualnie zapewne bardziej atrakcyjny od książkowych szarych krajobrazów i prostych na pierwszy rzut oka postaci. Daje on pretekst do wprawienia widza może nie w zachwyt, ale w poczucie zazdrości względem tych, którzy kupują pierścionki z diamentami, drogo się ubierają czy wydają przyjęcia na bogato. Nie zmienia to jednak faktu, że w Adwokacie zło, zupełnie jak w powieściach Amerykanina, jest nieposkromione i niepojęte, w drugiej części filmu niemal z minuty na minutę drastycznie pochłaniające coraz większą liczbę ofiar. Jest także to zło pełne mrocznego uroku, niemal zaskarbiające nas sobie swoim czarnym pięknem i sprawiające, że podczas seansu niespokojnie wiercimy się na fotelu, ponieważ to, co zaczynamy rozumieć, a czego może do końca rozumieć nie chcemy, jest bardzo niewygodna prawdą.

Jak łatwo się domyślić, skoro w filmie zostaje przedstawiony świat wielkich pieniędzy, to będzie i chęć posiadania, i duma, i pycha. I jeszcze coś: wieczne „za mało”, zupełnie jakby bohaterowie byli bajkowymi żonami rybaka. Najbardziej dotyka to tytułowego adwokata, który ma już bardzo dużo, ale koniecznie musi mieć więcej. Nie są wyjaśnione powody jego postępowania, tak po prostu jest, niczym w biblijnej przypowieści ktoś musi być zły, dobry, chciwy i tak dalej. Nasz adwokat jest zatem chciwy, i ta chciwość zapoczątkuje ustawianie kosteczek domina, które z kolei – czujemy to niemal podskórnie – w pewnej chwili zostaną przewrócone.

W tym momencie muszę się zatrzymać, aby wspomnieć o tych serwowanych nam przez reżysera i scenariusz znakach, że coś złego właśnie się zaczęło, że groźba wisi w powietrzu, że coś, na co bohater nie ma wpływu, już zbiera swoje drastyczne żniwo. Czujemy, że mimo tego dostatku, miłości adwokata i Laury, diamentowych pierścionków i czułego seksu, coś jest nie tak. Tropy rzucane widzowi pod stopy przez duet Scott – McCarthy mniej lub bardziej zgrabnie, świdrują jego umysł. Ni stąd, ni z owąd padające słowa o idealnie trwałym stopie metalu, z którego tworzy się samozaciskające się linki odcinające głowę, czy uświadomienie adwokatowi, że tych, z którymi robi interesy, podnieca robienie we własnym prywatnym studiu snuff movie… Albo nieumiejący wytłumaczyć swojego zaniepokojenia Rainer, który z nieuświadomionych powodów obawia się swojej partnerki… Wszystkie te małe niby-spojlery dziwnie fascynują i mimo częściowego zdradzania dalszego ciągu wzburzają nasze zainteresowanie fabułą. Czujemy bowiem, że to, co tak przeraża, wkrótce się wydarzy, nie wiemy tylko, w jaki sposób i kogo konkretnie dopadnie. Ale dopadnie. I słowo ciałem się stanie. A w atmosferze tego ogarniającego coraz bardziej pesymistycznego bezwładu wydaje się rzeczą mało ważną, że dialogi mogą się momentami wydawać drewniane, na co tak krytykujący Adwokata widzowie narzekają.

Wspomniałam o biblijnym rozłożeniu akcentów, które złośliwi zapewne nazwą kartonowością postaci. Jednak ważniejsze od nazewnictwa wydaje mi się wrażenie, jakie te rozłożone akcenty sprawiają. Mamy więc dobro, którego ucieleśnieniem jest Laura, będąca iskierką, ciepłą kulą, która otacza adwokata, wspiera go w jego decyzjach i zawsze na niego czeka. Jest to postać mocno idealizowana i jednowymiarowa, skromna i, znów posłużę się Biblią, niemalże święta. Podkreślają to dodatkowo skromny klasyczny żakiet czy ładna, ale jednak do kolan sukienka, o płaskich i zgrzebnych sandałach nie wspominając. Cruz jest w najnowszym filmie Scotta tak au naturel, jak to tylko w amerykańskiej produkcji możliwe, nie tylko w sensie fizycznym, ale także pod względem charakterologicznym. Ona jedna spośród barwnego korowodu postaci wydaje się nikogo nie udawać, nie szpanować i niczego nie ukrywać, ani też niczego potrzebować. Nie chce wiedzieć, ile kosztował jej zaręczynowy pierścionek i czujemy, że to jest szczere. Inaczej rzecz się ma z postacią względem niej kontrastową, obfitującą w narzucającą się symbolikę i podnoszącą nośność wszelkich obecnych w filmie dramatycznych wydarzeń do kwadratu. Kreowana przez Cameron Diaz Malkina nie tylko wie, ile jest wart pierścionek Laury, lecz także przede wszystkim jest wcieleniem zła, zarówno tego prymitywnego, jak i wyrafinowanego. Prymitywizm tej postaci autor scenariusza przyrównał do techniki łowieckiej charakteryzującej gepardy, którymi to kotami występna bohaterka jest zafascynowana. Charakterystyczny tatuaż na ramieniu, koci makijaż oczu czy smukła sylwetka o niebotycznie długich nogach czynią z niej iście filmowe zwierzę, bardzo atrakcyjne i, jak pokaże dalsza część filmu, bardzo niebezpieczne. Malkina to socjopatka, której w trakcie seansu – wzbraniając się przed tym, co przeczytałam w recenzjach na temat Adwokata – przekornie nie chciałam jako takiej postrzegać. I cóż, nie udało się. Postać kreowana przez Diaz nosi w sobie źródło zła charakteryzujące większość filmowych femme fatale, czyli chciwość daleko większą niż ta charakteryzująca bohatera kreowanego przez Fassbendera. Ponadto łączy w sobie zarówno niezaspokojenie erotyczne znamienne dla Carmen Sternwood (Martha Vickers) z Wielkiego Snu (The Big Sleep, 1946, reż. Howard Hawks), jak i dwulicowe knowania przynależne Phyllis Dietrichson (Barbara Stanwyck), bohaterce Podwójnego ubezpieczenia (Double Idemnity, 1944, reż. Billy Wilder). Przerysowana do granic możliwości, wibrująca złem Malkina sprawia, że mamy szansę spojrzeć na często niedocenianą Diaz przychylnym okiem. I nie warto oburzać się na jej rzekomo seksistowkie w filmie wykorzystanie i niezapomnianą scenę uprawiania seksu z samochodem, ponieważ właśnie to podnosi jej przerysowanie do kwadratu, czyniąc z niej popartowego anioła śmierci, tak klasycznie zapoczątkowanego niegdyś przez Mary Astor w Sokole maltańskim (The Maltese Falcon, 1941, reż. John Huston).

Generalnie rzecz ujmując, czarna królowa – Diaz przyćmiewa w Adwokacie swoich kolegów po fachu, a zwłaszcza grającego jej partnera Javiera Bardema, który, gdyby porównać tę sytuację do koncertu, byłby zaledwie cichym głosem w chórku naprzeciwko głośno rozśpiewanej wokalistki. Jak już wspomniałam, Rainer boi się Malkiny i to widać. W porównaniu do  niej wypada blado i mimo drapieżnego kolorowo-nastroszonego image’u nie zapada w pamięci. Nie jest też specjalnie wartościową scenariuszową figurą, niczym król szachowy mogący poruszać się tylko o jedno pole. Więc zamiast narzekać na Scotta, że źle poprowadził aktorów, bardziej przychylałabym się do zdania, że Bardem celowo miał grać skąpo i niemalże schować się w cieniu swojej partnerki. Zresztą nie tylko on wypada w filmie nieatrakcyjnie. Praktycznie rzecz biorąc tyczy się to wszystkich męskich – poza Westray’em (Brad Pitt), o którym za chwilę – bohaterów, na czele z adwokatem. Michael Fassbinder gra chodzącą Niezaradność wespół z Niemocą, jest symbolem beznadziejności losu ludzkiego, ślepca dążącego ku przepaści, a także tego, że w skrajnej potrzebie zawsze zostajemy sami. Jest on kolejną słabą figurą, która zostaje usunięta – chociaż nie dosłownie – niemal na samym początku rozgrywki, mało ważnym pionkiem, który tylko przez chwilę ma za zadanie zasłaniać królową. Pionkiem, którego cechuje niedopuszczalna w świecie zła wrażliwość i nieumiejętność przewidywania swoich następnych kroków. A patrząc na twarz Fassbendera i przelewające się po niej emocje czy łzy, tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że to jego bohater jest miękki i skazany na porażkę,  ale jego gra aktorska – absolutnie nie.

Skoro już uczyniłam porównanie do szachów warto także wspomnieć o skoczku, który w filmie Scotta ukrywa się pod postacią Westray’a. Postać ta pełni funkcję łącznika pomiędzy światem, który może nie do końca słusznie nazwę normalnym a tym przerażającym, pełnym czarnych cieni, w którym przeżyją tylko ci najsprytniejsi, najdalej przewidujący i o naturze łowcy. Zarazem jest to bohater wysoce symboliczny, występujący tylko w kluczowych momentach filmu, nie posiadający żadnej przeszłości ani życia prywatnego, pełniący bardzo interesującą, iście kasandryjską funkcję przepowiadania nieszczęść. Ucharakteryzowany na postmodernistycznego kowboja w białym kapeluszu Pitt po skończonym zadaniu chce niczym Lucky Lucke odejść cicho w stronę zachodzącego słońca, trzymając w dłoni torbę z pieniędzmi z nadzieją, że jego skoczkowa figura, ze względu na swą umiejętność poruszania się w oryginalny sposób, również w tym przypadku nie zawiedzie. Ale nadzieja w Adwokacie jak dawno w żadnym filmie nie była tak bardzo matką głupich…

Najnowszy film Ridley’a Scotta uwiera, wręcz boli. Nie tylko z powodu tak bezlitosnego potraktowania ludzkiej nadziei, lecz także przez jego niehollywoodzkości w hollywoodzkości. Ta mozaika barwnych postaci i krwawych wydarzeń przemieszanych z bardzo niepokojącym morałem i momentami wręcz przerysowanymi dialogami zabiera nam to, co na początku seansu wydaje się dawać, czyli sensacyjną opowieść o prostaczku Bożym, który nieopatrznie wkroczył w niebezpieczny biznes. Pozbawieni zostajemy również tego, do czego Scott w większości swoich filmów nas przyzwyczaił, czyli kina opowiadającego o wielkim bohaterze, ratującym słabszych w potrzebie. Nie dość, że tytułowy adwokat jest świadomy ryzyka, jakie niosą ze sobą nowo prowadzone interesy, to na dodatek mimo zamierzonej pierwszoplanowości wcale ważną postacią nie jest. Ponadto jest sztandarowym przykładem bohatera, posiadającego cechy heroiczne równe zeru, który charakteryzuje się nieprzemyśliwaniem własnego postępowania i wspomnianą już niezaradnością, by nie rzec: fajtłapowatością. Reżyser odbiera nam zatem przyjemność oglądania tego, czego oczekujemy od sensacyjnego kina rozrywkowego, serwując nam w zamian danie gorzkie od antybohaterskiej trucizny i chaotycznie na pierwszy rzut oka wrzuconych matematyczno-szachowych przypraw, które znaczna część widzów zapewne w zażenowaniu zwymiotuje. Ale ci, co potrawę tę przełkną – z pewnością z lubością poklepią się po brzuchu.

Paulina Stoparek


Adwokat, 2013, prod. USA, Wielka Brytania, reż. Ridley Scott, scen. Cormac McCarthy, wyst.: Michael Fassbender, Cameron Diaz, Penélope Cruz,  Javier Bardem, Brad Pitt i in.

Za seans dziękuję images

Zdjęcie pochodzi z materiałów prasowych.

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/w-obronie-adwokata/.

Reklamy

One thought on “W obronie „Adwokata”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s