Zacznijmy od nowa

Muzyka łagodzi obyczaje

Pięknie wyglądają Keira Knightley i Mark Ruffalo w najnowszym filmie Johna Carneya Zacznijmy od nowa (Begin Again, 2013). I nie mam tu na myśli wyłącznie ich urody, która – przynajmniej dla mnie – jest sprawą oczywistą, ale przede wszystkim energię jaką ich twarze emanują, gdy grani przez nich bohaterowie odnajdują się w tym co robią, odkrywają sens w życiu, a także przyjemność przebywania w swoim towarzystwie.

Niby to wszystko już gdzieś było: ona młoda, zbuntowana, zawiedziona związkiem z mężczyzną; on sterany życiem rozwodnik, zbyt często zaglądający do kieliszka, a na dodatek właśnie stracił pracę. On się nią zachwyci, ona będzie przez jakiś czas nieufna, by ostatecznie odkryć wspólne z nim pasje, zaufać mu i po pewnym czasie zmienić i siebie, i jego, na lepsze… Jednak Zacznijmy od nowa, mimo podobnego schematu, nie jest filmem tak banalnym jak się wydaje. To kino nie tylko ciepłe, pełne pozytywnej energii i nieco naiwnego zilustrowania spełniania się marzeń, lecz także świeża i bezpretensjonalna produkcja mająca wyraźne znamiona artystycznej perełki, na dodatek nie do końca przewidywalnej fabularnie. 

Nie widziałam Once (2006) także wyreżyserowanego przez Carneya, będącego ponoć obrazem bardzo zbliżonym do jego najnowszego dzieła, a dla części widzów nawet o klasę lepszym. Zacznijmy od nowa jest mi zatem dane oceniać świeżym okiem, niezawirusowanym przez rzekomo najlepszy film irlandzkiego reżysera. I powiem tak: skoro Once przewyższa pomysłem i wykonaniami muzycznymi młodszego filmowego brata, to musi to być rzecz wybitna. Zacznijmy od nowa jest bowiem rzeczą świetnie rozpracowaną zarówno fabularnie, realizacyjnie, aktorsko, jak i muzycznie. Jego schematyczność i słodycz lekkiego filmu wakacyjnego jest przełamana niebanalnym pomysłem, który pomoże się odrodzić wspomnianej dwójce zagubionych bohaterów. Zamysł nagrania płyty w różnych miejscach Nowego Jorku, pod gołym niebem, z głosami ulicy w tle, z chórem dzieciaków z podwórka opłaconych paroma dolarami jest bezpretensjonalny i niebanalny, a na dodatek jest świetnym pretekstem do użycia nieco rozwichrzonych operatorskich ujęć. Odpowiedzialny za nie Yaron Orbach nie stroni od tak zwanej kamery z ręki, od wchodzenia bohaterom pod nogi czy od poetyki paradokumentu. Ponadto jego sposób ukazania Nowego Jorku sprawia, że natychmiast mamy ochotę Wielkie Jabłko odwiedzić. Amerykańska metropolia widziana oczami Carneya i Orbacha, której mapa obfituje w urokliwe knajpki, zadymione kluby, przepełnione ulice we dnie i parkowe ławeczki kuszące, aby usiąść a nich i wsłuchać się w odgłosy miasta wieczorem – fascynuje. Coś podobnego osiągnął Woody Allen w swoich tak zwanych miejskich produkcjach, w których bohaterowie spacerują, rozmawiają, bawią się, zbliżają do siebie i, mimo że cały czas pozostają na pierwszym planie, to właściwie oni są dodatkiem do miasta w którym przebywają, a nie odwrotnie. Nowy Jork tak samo jest u Carneya niczym samodzielny bohater, którego puls jest niespokojny, a charakter wymagający i trudny do współpracy. Gdy jednak postaciom uda się z nim zaprzyjaźnić – pokochają go i stwierdzą, że niemożliwością jest go opuścić.

Przekonuje się o tym Gretta (Keira Knightley), która już-już miała wyjechać i zrezygnowana wracać w rodzinne strony. Przekonuje się o tym Steve (James Corden), jej stary przyjaciel, który pragnie w Wielkim Jabłku zostać za wszelką cenę, nawet mieszkając w podupadającej klitce i zarabiając grosze graniem na ulicy. Przekonuje się o tym Dan (Mark Ruffalo), który podczas nadzorowania nagrań na wolnym powietrzu, a także spacerując nocami z Grettą ze słuchawkami w uszach na nowo odkrywa jego piękno. Do Nowego Jorku wróci też „chłopak marnotrawny”, Dave (Adam Levine; tak, ten Adam Levine z Maroon 5), a także zachłyśnie się nim na nowo była żona Dana, Miriam (Catherine Keener). A pomoże im w tym muzyka, która w Zacznijmy od nowa pełni rolę scalającą umysły, wrażliwości, byłych współpracowników, marzycieli, członków rodziny… Jej nadrzędna rola ujawni się w momencie, kiedy Dan po raz pierwszy usłyszy śpiewającą Grettę i zauważy w jej wykonaniu to, czego nie widzą inni. Sekwencja ta, w której bohater grany przez Ruffalo w wyobraźni stopniowo dodaje na scenę kolejne instrumenty, by w jej finale zgodnie wybrzmiały i stworzyły soulowy hit, jest najpiękniejsza w całym filmie, autentycznie porywa i nawet jeśli komuś obraz Carneya nie przypadnie do gustu, z całą pewnością ten moment będzie wspominał z mimowolnym podziwem.

Na uznanie zasługuje też gra aktorska. Wspomniałam na początku, że bohaterowie są piękni nie tylko w fizyczny sposób. Piękno jest bowiem w nich, gdy odradzają się na nowo i gdy śpiewają, grają, nucą, słuchają muzyki… Knightley ma urok poważnej, skupionej nimfy, która młodzieńczej pasji życia i wierzącego w lepsze jutro uśmiechu nie zdoła ukryć pod zgrzebnym ubiorem; Ruffalo mimo pewnego zapuszczenia i przekonującego wcielenia się w rolę alkoholika w początkowym stadium kipi luzacką, pełną seksu energią wiecznego dwudziestolatka; a James Corden to człowiek, który mimo zdecydowanego braku postury modela rozsadza ekran pełnym pozytywu wigorem. Ogromna jest chemia pomiędzy tą trójką, którą aż miło sycić oczy. Zresztą nie tylko między nimi, ponieważ aktorzy grający członków całej grupy pomagającej w nagraniu płyty Gretty sprawiają wrażenie nie tylko zżytych, lecz także całkowicie rozluźnionych. Mam nieodparte wrażenie, że świetnie się bawili podczas kręcenia filmu, a uczestnictwo w jego realizacji traktowali jak niekończącą się imprezę ze świetną muzyką. Nieco garażową, surową niczym styl Gretty, absolutnie niemodną, mało przebojową i może właśnie przez to wyjątkową. I co ważne, Knightley śpiewa dobrze, a do jej głosu bardzo pasuje tło zadymionych klubów i nowojorskich dachów. Krótko mówiąc, ma urok i styl garażowej divy pełnej subtelnego czaru.

Owa subtelność zresztą nie tylko w głosie i twarzy Knightley jest obecna, lecz także w całym filmie: w poczuciu humoru, w naiwności, która ani przez sekundę nie obraża inteligencji widza, w nieudziwnionym, ale jednocześnie zaskakująco świeżym pomyśle na dwie retrospekcje przybliżające nam porażki bohaterów sprzed ich spotkania. I, mimo że Zacznijmy od nowa do tak zwanego wielkiego kina nie należy, tak wśród obecnych na ekranach komiksowych blockbusterów jest prawdziwą perłą, niewinną i czystą, która mimo uproszczonego ukazywania świata sprawia, że po jej seansie radośniej patrzymy na świat. I ma jeszcze ta Carneyowska perła jedną ważną cechę – zaskakuje poprowadzeniem wątku miłosnego, co z kolei nie „przyozdabia” jej w tak niepożądany w tego typu produkcjach kicz. Tak, Zacznijmy od nowa to zdecydowanie dobre i szlachetne kino.

7/10

Paulina Stoparek


Zacznijmy od nowa, 2013, scen. i reż. John Carney, wyst.: Keira Knightley, Mark Ruffalo, James Corden, Adam Levine i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/zacznijmy-od-nowa/.

Reklamy

One thought on “Zacznijmy od nowa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s