Przychodzi facet do lekarza

Przychodzi dziwak do widza

Gdyby Louis de Funès nadal żył, niedawno skończyłby 100 lat. Tego wybitnego aktora komediowego, znanego chociażby z filmowej serii o żandarmie z Saint-Tropez czy z kultowego obrazu Skrzydełko czy nóżka (L’aile ou la cuisse, 1976, reż. Claude Zidi) nie zastąpi nikt. Ale coraz częściej, wśród wielbicieli ekranowych śmieszności, pojawiają się komentarze, że z filmu na film coraz bardziej zaczyna dorównywać mu Dany Boon, były uliczny mim, a obecnie jeden z najbardziej rozchwytywanych komików estradowych, a także aktor filmowy, reżyser i scenarzysta, którego najnowszy film, Przychodzi facet do lekarza (Supercondriaque 2014), od niedawna gości na ekranach naszych kin.

W swoim najnowszym dziele francuski artysta wciela się w rolę czterdziestoletniego Romaina Fauberta, z zawodu fotografa medycznego, a z przypadłości – niemożliwego wręcz do zniesienia hipochondryka. Jego mieszkanie jest wyposażone równie kompletnie, co rasowa apteka, towarzyskie sylwestrowo-noworoczne pocałunki są dla niego – z powodu możliwej roszady bakterii – przeżyciem traumatycznym, z kolei płyn antybakteryjny stanowi dla Romaina absolutne kieszeniowe must have, a zwierzęta domowe urastają do miana potworów z tych samych przyczyn, co wspomniane całusy. Poza pracą i domem Romain najczęściej bywa w gabinecie lekarskim, dopatrując się niezliczonych chorób, prosząc o rzekomo niezbędne badania i doprowadzając medyczny personel, w tym swojego przyjaciela, doktora Dimitri Zvenkę (Kad Merad), do szewskiej pasji. Pewnego dnia miarka się przebiera i nawet ów najlepszy kolega postanawia wyeliminować Romaina ze swojego życia, czego rozwiązanie upatruje w znalezieniu Faubertowi partnerki…

Już z powyższego streszczenia można wywnioskować, że w filmie Boona nie będziemy mieli do czynienia z komedią tylko jednego rodzaju, mimo niewątpliwego scalenia go hipochondrią głównego bohatera. Żeby uniknąć powtórzeń wynikających z drążenia jednego wątku i wyrastającej zeń jakościowej słabości, francuski autor ofiaruje widzowi bukiet komedii, które przez czas seansu będą przejmowały od siebie pałeczkę. Po wyczerpaniu się worka z hipochondrycznymi gagami, Boon uraczy nas komedią z życia starego kawalera, który zaczyna chodzić na randki, komedią pomyłek i śmiesznościami wynikającymi z zamiany ról (nasz uroczy gamoń zostanie wzięty za przywódcę rebelii fikcyjnego państwa, Czerkistanu), następnie przejdzie do wariacji na temat komedii wojennej, by ostatecznie zakończyć swój pokaz zabawnymi obrazkami z życia rodzinnego. Natkniemy się na mnóstwo przerysowanych bohaterów, na wyeksponowane kontrasty wynikające z diametralnie różnych rodzajów męskości (ciapa Romain kontra kipiący testosteronem rebeliant Anton (Jean-Yves Berteloot)) i na rozbrajające przyjacielskie zabiegi Zvenki, mające na celu uczynić Fauberta szczęśliwie zakochanym, wyzbytym z frustracji i dziwactw, facetem. Z kolei to wszystko zostanie oprawione w rewelacyjnie zaprojektowaną czołówkę i tło dla napisów końcowych, mocno osadzone w ilustracjach z podręczników do biologii, oczywiście ze spora dozą karykatury. Jednak jest w filmie francuskiego twórcy coś jeszcze, co w moim mniemaniu wynosi go ponad przeciętne komedie. Mam na myśli te momenty, kiedy Boon zostaje przed kamerą sam i nieograniczany przez obecność innych aktorów odgrywa koncert na jeden głos. To właśnie w tych chwilach jego talent daje o sobie znać najdobitniej, a tytułowanie go drugim Louisem de Funèsem nabiera porażającej mocy. Jego vis comica puchnie, podwaja się, by po paru sekundach sprawić, żeby francuski aktor zaczął wychodzić z siebie. Wielki jest Boon w tych momentach, udowadniając tym samym, że nie potrzebuje podpór w postaci wymyślnej fabuły czy scenicznego towarzystwa. Wystarczy, że jest, że wykrzywia twarz na modłę wyświechtanego kapcia, że śmieje się i płacze na przemian, że jego bohater szaleje z powodu własnych fobii i dziwactw albo ze strachu. Niezapomniana, wręcz do oprawienia w ramki, jest „solówka” w więzieniu, kiedy to zrezygnowany Romain, który z powodu rozpaczliwych warunków sanitarnych niemal traci rozum, dokarmia szczura i karalucha, które siedzą mu na ramionach. To co się dzieje wówczas na ekranie jest nie do opisania, dlatego nawet nie będę próbowała zilustrować przymiotnikami tego, co w tym momencie czułam. Ujmę to zatem inaczej, mianowicie, że we wspomnianej scenie Boon zbliża się do geniuszu jaki de Funès zaprezentował w słynnej scenie z nosem w filmie Oskar (Oscar, reż. Edouard Molinaro) z 1967 roku.

Jakkolwiek jednak talent komiczny Boona wychodzi z każdego kadru jego najnowszego filmu, tak pomysł na fabułę pozostawia nieco do życzenia, i bynajmniej nie mam teraz na myśli opisanego wcześniej przechodzenia z jednego typu komedii w inną. Chodzi bowiem o rzecz dalece mniej przemyślaną, czyli ni mniej ni więcej tylko puszczenie przez producentów Boona i jego pomysłów całkowicie samopas. Tymczasem, gdyby zatrudnić do pomocy chociaż w niewielkim procencie wtrącającego się scenarzystę, Przychodzi facet do lekarza miałby większe szanse być błyskotliwym majstersztykiem. A tak mamy scenariusz, który na początku jest świetny, ale im dalej w las tym bardziej trzeszczy w szwach. W pewnym momencie w miarę sensowne prowadzenie fabuły niebezpiecznie zaczyna ustępować miejsca coraz liczniejszym momentom przekraczającego choćby i umowne granice absurdu – mam tu na myśli wątek mszczenia się Anny (Alice Pol) czy wyprawy z odsieczą do Czerkistanu – i tak zwanemu dowcipowi fekalnemu. I podczas gdy Boon dokarmiający i głaszczący po pancerzu karalucha jest rozbrajający, tak Boon pijący wodę z więziennej kałuży już nie bardzo.

Jest zatem w najnowszym filmie francuskiego reżysera pewna niezdrowa przesada i parę fabularnych zakrętów nieudolnie pokonanych, jednak w ogólnym rozrachunku seans Przychodzi facet do lekarza daje dużo przyjemności. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy lubi taki rodzaj humoru, jednak ci, którzy z łezką w oku oglądają stare filmy z de Funèsem i mają słabość do komedii pomyłek z karykaturalnym i zdziwaczałym głównym bohaterem – będą usatysfakcjonowani. Ja jestem. I spora ilość widzów będąca wraz ze mną na seansie i śmiejąca się na cały głos z całą pewnością też.

7/10

Paulina Stoparek


Przychodzi facet do lekarza, 2014, prod. Belgia, Francja, scen. i reż. Dany Boon, wyst.: Dany Boon, Kad Merad, Alice Pol, Jean-Yves Berteloot i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/przychodzi-facet-do-lekarza/.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s