Marek Krajewski – Widma w mieście Breslau

Gdy rozum śpi budzą się upiory

„Mock, przyznaj się do błędu” – nawołuje anonimowy autor listu pozostawionego przy zmasakrowanych zwłokach czterech młodych mężczyzn w marynarskich czapkach. Asystent kryminalny o tym nazwisku, na co dzień pracujący w obyczajówce wrocławskiego  Prezydium Policji, w trybie natychmiastowym zostaje oddelegowany do sekcji zabójstw. Pod skrzydłami komisarza kryminalnego Mühlhausa zamienia sprawdzanie książeczek zdrowotnych prostytutek na ściganie psychopatycznego mordercy. Rychło okazuje się, że zabójca dopiero się rozgrzewa, a osoby przesłuchiwane przez głównego bohatera giną jedna po drugiej…

Widma w mieście Breslau Marka Krajewskiego to w porządku chronologicznym pierwsza powieść o pracowniku wrocławskiego Prezydium Policji Eberhardzie Mocku. Pierwsza, chociaż napisana jako trzecia z kolei, co może wprowadzić czytelnika w niejaki zamęt. Przybliżmy zatem postać głównego bohatera rozwiązującego w Widmach kryminalną zagadkę. Trzydziestosześcioletni Mock dopiero nieśmiało rozpoczyna karierę w wydziale zabójstw i nie trawią go jeszcze bezwzględność i karierowiczostwo, jak to ma miejsce w późniejszych – chronologicznie, a nie w kolejności napisania – odsłonach cyklu. Ponadto Eberhard jest jeszcze kawalerem i mieszka z ojcem na nędznym pięterku nieczynnego sklepu rzeźniczego, do którego wejście prowadzi przez klapę w podłodze. Dnie spędza w pracy, na kłótniach z Mockiem seniorem, tudzież na intelektualnych dysputach z przyjacielem, doktorem Rühtgardem. Nocami ma koszmary przepełnione niezwykle plastycznymi obrazami wymyślnie pokiereszowanych zwłok, zadziwiająco przypominającymi te, z którymi ma kontakt w pracy. Z powodu złych snów jest wiecznie zmęczony i pesymistycznie nastawiony do świata, a także często i gęsto zagląda do kieliszka, ponieważ stan wiecznego rauszu pozwala mu nie mieć wspomnianych straszliwych sennych widziadeł. Żeby zewnętrzny obraz głównego bohatera był kompletny, należy wspomnieć jeszcze o nadmiernym objadaniu się, a co za tym idzie o nadwadze, która nijak nie ma wpływu na życie seksualne Mocka, ponieważ dzięki obyczajówkowym znajomościom z zapamiętaniem oddaje się w ramiona cór Koryntu.

Czytając ten opis można by z przekąsem mruknąć: „przyjemniaczek!”. Jednak poznając Mocka bliżej przekonujemy się, że nie jest tak źle, jakby się mogło wydawać z początku, że postać ta posiada głębię, życiową mądrość i nosi w sobie potrzebę miłości. Ponadto w świadomości Eberharda tkwią dramatyczne przeżycia z pierwszej wojny światowej, z powodu których wyraźnie trudno jest mu się odnaleźć w świecie, a co dopiero uporządkować swoje życie moralne czy osobiste. Jego sylwetkę odnotowuje Krajewski dokładnie, nie tyle za pomocą zwykłego opisu, ile dzięki zestawom kontrastów. I tak Mock jest zarówno prymitywem wymuszającym posłuch siłą, jak i wrażliwym wielbicielem kultury starożytnej, co objawia się łacińskimi wtrętami i klasycznymi mitologicznymi odnośnikami.

Skoro wspomniałam o kontemplacjach Mocka związanych z tą fascynująca kulturą, wręcz nasuwa się, aby wspomnieć, że sam autor Widm jest filologiem klasycznym i specjalistą w zakresie językoznawstwa łacińskiego. Z jednej strony zatem możemy być pewni, że wszelkie łacińskie i mitologiczne wtręty mają jak najbardziej wiarygodne źródło, z drugiej natomiast… ta erudycja momentami Krajewskiego gubi. I już nawet nie chodzi o to, że tych starożytno-kulturowych napomknięć jest zbyt wiele. Zdecydowanie bardziej nie tyle męczące, ile mało wiarygodne fabularnie wydaje się to, że wiedzę na temat antyku i łacińskich sentencji posiada nie tylko główny bohater, ale też morderca, a także współpracownik Mocka, prostak Smolorz, co wydaje się już oczywistą przesadą. Czytając Widma miałam nieodparte wrażenie, że pan Marek książki pisze po to, aby pochwalić się swoją erudycją i jako autor w wyniku napisania wcześniejszych powieści już doceniony, robi to w sposób niemalże bezkompromisowy. Nieważne, że czytelnik momentami się gubi, czy traci zainteresowanie. Łacina ma być, mitologia ma być, wędrówki starożytnych duchów do umysłu nieszczęśników mają być! Ale, żeby oddać sprawiedliwość, a nie tylko krytykować, ma być także język, jak na wykształconego humanistę przystało, finezyjny, pełen wyszukanych słów i stylizowanej polszczyzny, który z początku można powitać z niejakim zdziwieniem, jednak po kilkunastu, kilkudziesięciu stronach, godzimy się z tymi gramatycznymi i słownikowymi zakrętasami, jednocześnie mając poczucie, że czytamy coś wartościowego, wzbogacającego nasz zasób wyrazów, wiedzę i wyobraźnię. Ta ostatnia zresztą obficie się rozrasta dzięki wspaniałym opisom, bogatym i kunsztownym niczym – ach ta starożytność! – kapitel kolumny korynckiej. Po międzywojennym Wrocławiu chodzimy zatem co najmniej z takim uczuciem jak wówczas, gdy oglądamy zdjęcia z Google Maps, w klubie tanecznym odwiedzanym przez Mocka dusimy się od dymu tytoniowego, a na podsuwane nam pod nos powieściowe kulinarne specjały cieknie nam ślinka, tudzież ich konsystencja budzi nasz wstręt. Chodzimy także po instytucie patologii, pełnym ciekawych ludzkich egzemplarzy i zwyrodnień zamkniętych w formalinie, a także po szpitalu, w którym nocą panuje niezwykle tajemnicza atmosfera… No i nie można zapominać o koszmarach głównego bohatera, niemal zespolonych z rzeczywistym przeżywaniem Mocka i wplecionych tak zgrabnie, że nie zauważamy kiedy bohater zaczyna śnić. To wszystko razem wzięte tworzy specyficzny klimat, momentami z domieszką horroru, innym razem związany z opisem kontrastowych obyczajów (bieda i bogactwo, spelunki i restauracje), by następnie płynnie przejść w kryminał retro umiejscowiony na mapie międzywojennego Wrocławia z obecnymi na każdym kroku okupacyjnymi niemieckojęzycznymi nazwami ulic i miejsc.

Wśród tych wszystkich niezwykle plastycznych i często bardzo dosadnych opisów niepotrzebny wydaje się zabieg, na który ostatnio natknęłam się przy okazji czytania świetnej Burzy słonecznej Åsy Larsson. Mam tu na myśli opisywanie wydarzeń z perspektywy mordercy, czy też, żeby być ścisłym, tak zwany morderczy pamiętnik. Z pewnością jest to bardzo ciekawy i mocno niepokojący zabieg pisarski, jednak w przypadku Widm wydaje się sprawą nie tyle niepotrzebną, co wręcz karykaturalną. Karykatura ta została osiągnięta poprzez wspomniane wkładanie w usta złoczyńcy starożytnych sentencji i wiedzy mitologicznej, których aż nadto otrzymujemy od Mocka. Drugą sprawą, którą ośmielę się w tym miejscu skrytykować, jest bardzo skomplikowany, bełkotliwy wręcz język, jakim posługuje się morderca, który w zestawieniu z traktatem filozoficznym zawartym w pamiętnikowych fragmentach czyta się ciężko, a umysłem ogarnąć go jeszcze trudniej. Jeżeli opisanym zabiegiem pan Marek chciał osiągnąć to, że jego powieść będziemy czytać uważnie i ze skupieniem, to mu się to udało. Inna sprawa, że to skupienie, o ile nie będzie przytrzymane niczym pies na smyczy, migiem pobiegnie gdzieś w dal, jeżeli, oczywiście, nie jesteśmy z wykształcenia filologiem klasycznym.

Są więc Widma zarówno kryminałem w tonacji retro, jak i rozprawą filozoficzno-kulturalną. Nie każdemu będzie ta dwoistość odpowiadać, ale z pewnością w każdym potoczystość opisu, umiejętność nakreślenia krwistych, ambiwalentnych postaci (Mock-romantyk konta Mock torturujący przesłuchiwanych, Smolorz – zdradzający żonę pijus kontra Smolorz – solidny policjant) i niewątpliwa erudycja pana Marka wzbudzą szacunek. Co do samej intrygi kryminalnej, która w czeluściach klasyczności i międzywojennej obyczajowości wydaje się być pretekstowa, to jest ona zarówno bardzo wymyślna, jak i szyta grubymi nićmi jeśli idzie o prawdopodobieństwo. Jednak zakończenie, którego przebłyski odnajdziemy już na pierwszych stronach powieści, cofającej się następnie miesiąc wstecz, wystawia na próbę zarówno nerwy, jak i skojarzeniową błyskotliwość, która, odpowiednio użyta, doprowadzi czytelników Widm do wyjątkowego jak na kanon kryminalny końca historii.

6/10

Paulina Stoparek


Marek Krajewski, Widma w mieście Breslau, Znak, Kraków 2013.

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/marek-krajewski-widma-w-miescie-breslau/.

Reklamy

3 thoughts on “Marek Krajewski – Widma w mieście Breslau

  1. Pingback: Marek Krajewski – W otchłani mroku | Moonbloger

  2. Pingback: Marek Krajewski – Liczby Charona | Moonbloger

  3. Pingback: Marek Krajewski – Erynie | MOONBLOGER

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s