Åsa Larsson – Burza słoneczna

O tajemnicach śniegiem zasypanych

Gdy baśń popadała w konflikt z rzeczywistością, pozwalałam baśni wyjść zwycięsko. Zawsze.
Åsa Larsson

Burza słoneczna Åsy Larsson to książka, o której myślę. Nie mam wątpliwości, że mam za sobą lekturę, której już zaczyna mi być mało. Szwedzkiej pisarce udało się zaszczepić we mnie mroźno-kryminalnego bakcyla z krainy Laponii, z powodu którego najchętniej – choćby i w tej chwili – miałabym ochotę zaszyć się pod kocem i czytać, czytać, czytać…

Kiruna, niewielkie szwedzkie miasto za kołem podbiegunowym. W kościele zboru Źródła Mocy zostaje bestialsko zamordowany religijny przywódca Wiktor Strandgård. Drastycznie pokaleczone zwłoki odnajduje siostra ofiary, Sanna, która wpadłszy w panikę, znika… Para detektywów, Anna Maria Mella i Sven Erik Stalnacke, szybko odnajduje niezbędne dowody, które świadczą o jej winie. Równocześnie swoje własne śledztwo prowadzi dawna przyjaciółka oskarżonej, Rebeka Martinsson, wezwana przez nią ze Sztokholmu. Prawniczka po powrocie ze stolicy w rodzinne strony będzie miała okazję nie tylko poznać prawdę, lecz także zmierzyć się z własnymi demonami z przeszłości. Warto w tym momencie zaznaczyć, że – co charakterystyczne dla skandynawskiego nurtu kryminalnego – obok wątku śledztwa książka Larsson zestawia kondycję współczesnych społeczeństw, którą zajmują się antropologowie, socjologowie i ekonomiści, i przy okazji opisu morderstwa stawia pytania o tożsamość kulturową, model społeczeństwa, religię czy narastającą spiralę przemocy. Ponadto ma ona jeszcze jedną cechę charakterystyczną dla szwedzkiej, tym razem kobiecej, literatury kryminalnej, mianowicie bardzo wyrazistą bohaterkę o ustalonej karierze i wykształceniu zazwyczaj pokrewnym z zawodem autorki. W tym przypadku owym zajęciem jest prawo, a dokładnie rzecz biorąc – prawo podatkowe, będące w ramach zawodowych zainteresowań obu pań, zarówno tej prawdziwej, jak i stworzonej na potrzeby książek. Książek, ponieważ opowieści o Rebece powstało już kilka. Ponadto jest Burza, jak reklamują ją media, najbardziej osobistą powieścią autorki, która to adnotacja wywołuje oczywistą ciekawość. Niewiele więcej wiadomo, ale za najbardziej znaczące podobieństwo do książkowej bohaterki niech przemówi fakt, że lapońska Kiruna jest miastem rodzinnym pisarki, z której – podobnie jak Rebeka – wyprowadziła się ona do większego miasta.

Miejsce akcji, niby najnormalniejsza i absolutnie obowiązkowa sprawa w powieści, nie tylko kryminalnej. Dlaczego więc czuję, że muszę miejscowości obecnej w Burzy poświęcić więcej niż kilka słów? Przede wszystkim z powodu nastroju, w które nas ono wprowadza poprzez pisarstwo Larsson. Mam tu na myśli ten namacalny wręcz chłód, wynikający nie tylko z oczywistej szerokości geograficznej, lecz także z obrazowego opisu. Kiruna kreślona piórem Szwedki to nastrojowa prowincja pokryta czapami śniegu, w której ze względu na niskie temperatury oraz dnie i noce polarne żyje się ciężko, ale jednocześnie w której tak proste czynności jak robienie orłów w śniegu, patrzenie w ogień na kominku czy zawijanie się w puchaty koc powoduje nieopisaną wprost przyjemność. Na niebie zorza polarna (rzekomo efekt tytułowej burzy słonecznej), śnieg aż skrzypi, jest mroźno i bardzo, bardzo egzotycznie w ten szczególny podbiegunowy sposób. Powiem więcej: nie zdziwiłby mnie fakt, gdyby po wznowionym właśnie wydaniu Burzy kursy lotnicze Polska–północna Szwecja zaczęły przeżywać oblężenie. Larsson świetnie wywiązała się z obowiązku opisu miejsca wydarzeń, przedstawiła je w sposób tak plastyczny, że spośród kartek czułam te -16 stopni, czyli średnią temperaturę kiruńskiej zimy. No właśnie: skąd to wiem? Z Wikipedii. Dlaczego zaczęłam szukać informacji na ten temat? Ponieważ Larsson zafascynowała mnie opisywanymi przez siebie regionami. Czytając jej powieść, wprost chłonęłam książkowy klimat, za którym autentycznie zaczynam tęsknić. Taka sceneria, już sama w sobie magiczna, jest tłem dla jeszcze bardziej, o ile to możliwe, nastrojowych miejsc, jak chociażby zasypany domek myśliwski czy… kryształowy kościół. Ten ostatni zresztą jest miejscem mordu, a ten pierwszy – miejscem finałowej sceny. Kicz? Zapewne. Ale nie przesadzę, pisząc, że taki kicz kocham i że takich pokarmów dla wyobraźni szukam w lekturze. Powiem więcej – już dawno moja imaginacja nie pracowała tak bardzo jak podczas czytania Burzy.

Kryształowy kościół, głęboko wierzący mieszkańcy, rytualne na pierwszy rzut oka morderstwo i trzech pastorów, z których każdy ma swoje sekrety. No właśnie, czy nie za dużo wątków religijnych jak na świecką książkę? Zapewne tak, tylko pytanie, czy to czemuś szkodzi? Na pewno nie klimatowi powieści i z pewnością nie opisywaniu wspomnianych powyżej problemów społeczeństwa i jego poszczególnych członków. A że jest to wspólnota religijna i ewentualne nieliczne cząstki spoza niej? Niechaj i tak będzie. I bez obaw, nie jest to tzw. kościółkowa pozycja. Larsson wysoce negatywnie przedstawia kler i jego co wierniejsze owieczki. A w głowie czytelnika zapala się mała lampka: czy ta krytyka ma związek z jej doświadczeniami z przeszłości i tajemnicami zbliżonymi do tych, jakie ma powieściowa Rebeka?

https://i2.wp.com/lenngrenmedia.se/wp-content/themes/vigilance/images/articles/izabella2.jpg

Filmowe wcielenie Rebeki Martinsson / Fot. Knut Koivisto

Skoro już o tajemnicach mowa, to w książce znajdziemy ich wiele, a większość z nich delikatnie i z klasą odsłanianych. Czytając Burzę, miałam wrażenie spoglądania zza misternej koronki na sekrety bohaterów, uczucie, że z nieregularnie prześwitujących fragmentów muszę składać domyślną całość w oczekiwaniu aż owa delikatna materia w końcu zostanie zdjęta. Tajemnice te dotyczą nie tylko ucieczki Rebeki z Kiruny, lecz także życia starszyzny zboru, sposobu prowadzenia kościelnych interesów czy samej ofiary kaźni, o powodzie i przebiegu aktu okrucieństwa nie wspominając. Za pomocą retrospekcji, wewnętrznych rozterek, a także dzięki pracowitemu analitycznemu umysłowi głównej bohaterki wspomniana koronka zacznie się przerzedzać, a wszystkie tajemnice – wyjaśniać. Jednakże nie do końca.

Czytając pierwszą powieść Larsson, natknęłam się na pewien dyskomfort. Mianowicie niektóre palące kwestie zawarte w książce zostały wyjaśnione tylko częściowo, co spowodowało fabularne rozmycie. Pod koniec lektury miałam wrażenie nie tyle otępienia, ile zbyt dużej liczby możliwych rozwiązań, których – jak to w kryminałach zazwyczaj bywa – nie powinno być więcej niż jedno. I mimo że poznajemy w końcu tożsamość mordercy, nie czujemy się w pełni usatysfakcjonowani, ponieważ pewien poboczny temat, tak ważny dla społecznego aspektu Burzy, nie zostaje do końca wyjaśniony, a z tego powodu nie możemy z kolei w pełni ocenić ofiary mordu. Jednak gdy myślę o tej cesze powieści w kilka dni po jej przeczytaniu, dochodzi do mnie, że w sumie ta niepewność do wspomnianej śnieżno-magicznej otoczki bardzo pasuje. Ponadto sprawia, że nie mając odpowiedzi na wszystkie pytania czarno na białym, myślę o książce Larsson jak o żadnej innej od dłuższego czasu. I tylko jedna, ale bardzo istotna rzecz pozostawiła w moim umyśle pewne zachmurzenie wpływające na odbiór powieści, a mianowicie zupełnie niepotrzebne ukazanie wydarzeń z perspektywy mordercy. W dodatku następuje to już w zaawansowanym toku powieści, kiedy przyzwyczajamy się do owego koronkowego odsłaniania tajemnic. A tu nagle – bach! – osiemdziesiąt stron przed końcem dowiadujemy się, kto jest sprawcą z wprowadzonej nagle ni stąd, ni zowąd „morderczej” narracji, na dodatek prowadzonej w osobie trzeciej czasu teraźniejszego. To ostatnie zresztą występuje w Burzy częściej i przyjęłam je jako ciekawą odmianę od typowego zabiegu narracyjnego, jakim jest przedstawianie wydarzeń w czasie przeszłym. Jednakże bardzo trudno przyszło mi pogodzić się ze zdemaskowaniem sprawcy całego zła w taki, a nie inny sposób i od pewnego momentu uczynienia ze mnie wszystkowiedzącego kryminalnego boga, który o mordercy wie więcej niż para, skądinąd bardzo sympatycznych, detektywów. Zapewne odebrałabym taki zabieg przychylnie, gdyby został on na zastosowany już na początku książki, niczym w rewelacyjnym Szale (Frenzy, 1972) Alfreda Hitchcocka

Na koniec wypada wspomnieć o tym, co dla gatunku feministycznego najważniejsze, czyli o kobietach obecnych w książce Larsson. Jest ich kilka i to diametralnie różnych od siebie. Samodzielna, konkretna i chłodna Rebeka została skontrastowana z wrażliwą, płaczliwą Sanną, przyzwyczajoną do tego, że prędzej czy później „znajdzie się jakiś idiota, który zrobi coś za nią”. Natomiast szczęśliwej i ciężarnej żonie Annie Marii została postawiona naprzeciw tłamszona przez męża Kristina. Bohaterki, scharakteryzowane w sposób nieprzesadnie rozwlekły, zawierają w sobie sedno przypisanych im cech, osiągane najczęściej poprzez opis ich myśli czy ich obecność w myślach innych postaci. Momentami tylko drażni główna bohaterka, czasem w groteskowy sposób wpychająca się tam, gdzie jej nie chcą, ostentacyjnie antyuczuciowa czy w niekoniecznie pasujących do tego momentach przeklinająca. Gdy czytałam Burzę, momentami stawała mi przed oczami Jennifer Carpenter i jej Debra Morgan z serialu Dexter (lata emisji 2006-2013, różni reżyserzy), postać, jak zapewne część czytających tę recenzję osób przyzna mi rację, mocno irytująca.

Paleta przeróżnych, nie tylko kobiecych, postaci, bezpretensjonalny język, konkretne, ale bardzo plastyczne opisy, a także niepowtarzalny klimat to bezsprzeczne atuty Burzy. Na tyle mocne, że mimo braków jakimi są narracyjno-fabularne nierówności, Åsa Larsson podbiła moje czytelnicze serce. Na dodatek poprzez wspomnianą niejasność udało się autorce uniknąć jakże charakterystycznej dla kryminału konstrukcji cepa, dzięki czemu uwzniośliła ten gatunek, tak często traktowany jak rodzaj gorszej literatury. A że czasem psychologia czy fizyczne realia były mocno nagięte… Wybaczyłam to Larsson szybko, gdy przeczytałam jej słowa z ostatniej strony książki, które pozwoliłam sobie zacytować na początku tej recenzji. A od siebie napiszę jeszcze, że wrócę do Rebeki, do Kiruny, do zórz polarnych i skrzypiącego pod nogami śniegu. Wiem to na pewno.

7/10

Paulina Stoparek


Åsa Larsson, Burza słoneczna, przeł. Beata Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

Za książkę dziękuję

W 2007 roku Leif Lindblom nakręcił film na podstawie książki Larsson znany w Polsce pod tytułem Burza z krańców ziemi. W postać Rebeki Martinsson wcieliła się Izabella Scorupco.

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/asa-larsson-burza-sloneczna/.

Reklamy

2 thoughts on “Åsa Larsson – Burza słoneczna

  1. Pingback: Marek Krajewski – Widma w mieście Breslau | Moonbloger

  2. Pingback: Åsa Larsson – Krew, którą nasiąkła | Moonbloger

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s