Pożądanie

 Miłosna klisza łamana przez eksperyment

Najnowsza produkcja z Sophie Marceau w roli głównej, Pożądanie (Une rencontre, 2014) w reżyserii Lisy Azuelos, zaskakuje. Śmiało bowiem można ją przypisać gatunkowemu romansowi, mimo że tak naprawdę romansu w niej nie uświadczymy. Chociaż obejrzymy rzecz o fascynacji wymieszanej z pragnieniami, której będzie towarzyszyć różowa chmurka idealizacji, połączona z tańczeniem na cienkiej linie ryzykownego zerwania z dotychczasowym, całkiem udanym, życiem – nasza natura podglądającego kinomana nie zostanie zaspokojona. Będzie słodko, momentami infantylnie, ale również tak, aby widz raz po raz dostawał prztyczka w nos. Pożądanie mami bowiem odbiorcę, drocząc się z jego oczekiwaniami i znajomością gatunkowych konwencji.

Elsa (Sophie Marceau) i Pierre (François Cluzet) są przedstawicielami wyższej klasy średniej, takiej odwożącej swoje dzieci do elitarnych szkół, nieuważającej Dorato za szampan, bywającej na proszonych przyjęciach i ubierającej się w markowe ubrania. Ona jest bardzo atrakcyjną, odnoszącą sukcesy, mieszkającą ze swoimi dziećmi pisarką w trakcie rozwodu, on wziętym prawnikiem, szczęśliwym mężem i ojcem, typem poczciwego i odpowiedzialnego faceta. Spotykają się przypadkiem na jednej z wyżej wspomnianych imprez i, co bardzo zgodne z konwencją klasycznego romansu – czas start! – tytułowe pożądanie zaczyna funkcjonować na pełnych, ba, może nawet i przerysowanych, obrotach, jednocześnie zajmując pozycję podstawowego w filmie zmylacza.

Wprowadzenie widza w błąd będzie miało miejsce kilkakrotnie. Co ciekawe, gdy już, wydawałoby się, przywykniemy do sposobu Azuelos na wyprowadzanie nas w pole, a nawet uznamy, że film robi się przewidywalny – ponownie damy się nabrać. Z oczywistych powodów nie mogę tych scenariuszowych zakrętów tutaj opisać, jednak możecie być pewni, że zaskoczy was sposób ujęcia tytułowego pożądania, jednocześnie… nie zaskakując wcale. Niespodzianki będą bowiem wypływać z łamania konwencji romansowych, natomiast ich brak ze sposobu przedstawiania tego, co dla romansu charakterystyczne. Namiętne pocałunki, wiele mówiące spojrzenia, nerwowe wpatrywanie się w komórkę, podczas gdy obok żona wraz z dziećmi jedzą śniadanie… To wszystko już w filmach miłosnych było i Azuelos bynajmniej tym nie wzgardza. Jednocześnie jednak odwraca te konwencjonalne chwyty o 180 stopni, pokazując, że jej film jest tak naprawdę o czym innym, co niejednokrotnie odczujemy jako prztyczek w nos, który bynajmniej nie będzie nieprzyjemny.

Przyjemność obcowania z Pożądaniem opiera się jednak nie tylko na wspomnianym droczeniu się. Uwagę zwraca także ciekawa forma i estetyka filmu. W tym pierwszym zasmakujemy, dostrzegając sprawny montaż zestawiający ze sobą paralelne scenki z życia Elsy i Pierre’a. Otwieranie szafy, przechodzenie przez drzwi, jedno łamane przez drugie, z czego wychodzi trzecie… Widz wyczulony na taki sposób narracji będzie wstrzymywał oddech z zachwytu nad pietyzmem zestawienia poszczególnych kadrów. Nie inaczej będzie, gdy rozpocznie się moment kulminacyjny w filmie, kiedy to protagoniści nareszcie spotkają się sam na sam. Użyte w tym momencie rozszczepienie i sklejanie kadrów doda scenie, o której wiedzieliśmy od początku, że musi nastąpić, niebezpiecznie dekoracyjnego, ale ostatecznie świetnego smaku. Filozofia teledysku, którą Azuelos wraz montażystą Stanem Colletem i operatorem Alainem Duplantierem wprowadzają do Pożądania, mimo że była stosowana w kinematografii już niejednokrotnie, w zestawieniu z romansem zarówno prezentuje się dziwacznie, jak i dodaje mu rumieńców. Rumieńców, podkreślę, cukierkowo różowych, co wyraźnie było świadomym zamysłem reżyserki. Słodkie słówka, sprawdzone teksty na podryw („Śmiejesz się, ale w twoich oczach czai się smutek”) czy możliwie najbardziej przebojowa tudzież pościelowa muzyka dodają całości plastiku, którego umowność uważny widz bez problemu wychwyci.

Niestety, nie cała udawana fasada Pożądania warta jest tego, by ją docenić. Świadome stąpanie na granicy dobrego smaku w paru kwestiach okazało się niefortunne. Film Azuelos zbyt skrótowo traktuje bowiem psychologię i obrazki takie jak rozmowa rodzica z dzieckiem o miłości czy nagła zmiana priorytetów. W tego typu kwestiach umowność potraktowana jest nie tyle symbolicznie, ile powierzchownie. A widzowie idiotami nie są, oglądanie filmów stało się wręcz modne i w towarzystwie pożądane, więc coraz łatwiej o niezadowolenie. I mam tu na myśli nie tylko tych, którzy pójdą do kina na romans i, cóż, nie do końca go otrzymają, lecz także tych, którzy spodziewali się racjonalnego wyłuszczenia postępowania przedstawicieli wieku średniego. Tymczasem Elsa w minuty na minutę zmienia swoje wieloletnie postanowienia i tak naprawdę nie wiemy pod wpływem czego tak się dzieje (poważnie przez podobne podejście do marihuany i gorzką pomarańczę świat dojrzałej kobiety może się przewartościować?), Pierre nie przejmuje się tajemnicami poliszynela, charakterystycznymi dla wspólnych znajomych, a Anna, jego żona (w tę rolę wcieliła się reżyserka) niby coś zauważa, ale wątek ten w ogóle nie zostaje rozwinięty. Zatem fasada tak starannie wybudowana przez Azuelos w pewnym momencie nie tyle zaczyna się chwiać, ile razić sztucznością, zupełnie jakby świadome przybranie barw filmowego romansu zamieniło się w tandetny makijaż. Nie broni się też świat dobrze sytuowanych ludzi, jaki za tło wydarzeń wybrała sobie autorka, który przedstawiony jest nie tyle w przewidywalny i sprawdzony sposób, co na zasadzie sięgnięcia po parę klisz, mających charakter fototapety pośpiesznie i krzywo przylepionej do tylnej ściany akwarium z egzotycznymi rybami.

Tak, umowność w Pożądaniu w paru punktach scenariusza niestety brata się z fasadą wypełnioną powietrzem. Jednak mimo tej dość poważnej usterki film Azuelos uważam za niepokojąco znośny. Niepokojąco, ponieważ nie umiem stwierdzić, co tak naprawdę wnosi poza swoją wymyślną formą. Ale w przypadku podobnych filmowych eksperymentów chyba głównie o to chodzi, aby widz się zachłysnął i stwierdził, że nie trzeba oglądać science-fiction, aby dać się porwać mozaiką barw i karuzelowych rozwiązań pobudzających umysł ku przyjemnemu pulsowaniu. Ponadto trzeba Azuelos przyznać, że rewelacyjnie wybrała duet aktorski Marceau – Cluzet do obstawienia kolejnych romansowych klisz, czyli jej – naturalnie pięknej czterdziestki, której macierzyństwo nie jest w stanie ukrócić wewnętrznej wolności i jego – nie najmłodszego już mężczyzny z ciepłym błyskiem w oku, który swoją solidnością i doskonałymi manierami sprawi, że ta kocica wreszcie poczuje, iż znalazła silne męskie ramię, na którym może się oprzeć. Plus brawa za elektryzujące zakończenie, które jest kolejnym powodem, aby uznać Pożądanie za film bardzo oryginalny.

6/10

Paulina Stoparek


Pożądanie, 2014, prod. Francja, scen. i reż. Lisa Azuelos, wyst.: Sophie Marceau, François Cluzet, Lisa Azuelos i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/pozadanie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s