Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus

Wojna płci z przymrużeniem oka

UWAGA! TEKST ZDRADZA WAŻNE ELEMENTY FABUŁY

 „Nie wstydzimy się mówić sobie nawzajem, że się potrzebujemy” – tę tajemnicę udanego związku zdradza nam główny bohater filmu Pascale’a Pouzadoux Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus (De l’autre côté du lit, 2008). Jednak co zrobić, kiedy przytłoczeni prozą codzienności i mnóstwem obowiązków, zapomnimy o tej prostej prawdzie? W lepszym i mniej skomplikowanym świecie komedii rozwiązaniem tego problemu będzie pewien eksperyment…

Ariane Marsiac (Sophie Marceau) jest mężczyzną, jej mąż Hugo (Dany Boon) – kobietą. W wyniku eksperymentu mającego na celu pomóc im w rozwiązaniu małżeńskich problemów, mentalnie zamienili się płciami. Trzeba przyznać, że zabrali się do tego w profesjonalny sposób. Wynajęli nawet w tym celu doradcę i trenera, Maurice’a (Antoine Duléry), na co dzień pracującego jako komornik. Czas wykonania: natychmiastowy. Czas trwania: rok. Warunek, którego pod żadnym pozorem nie można złamać: brak wtrącania się do tego, jak współmałżonek wywiązuje się z przydzielonych mu obowiązków.

Poza pozostaniem przy własnej płci fizycznej zamiana jest całkowita. Z początku wydaje się, że metamorfoza będzie dotyczyła pracy, obowiązków domowych, opieki nad dziećmi i takich atrybutów jak samochody czy telefony komórkowe. Nic bardziej mylnego. Pascale Pouzadoux, twórca Kobiety na Marsie, mężczyzny na Wenus dopiero się rozgrzewa. Nie minie nawet połowa czasu projekcji, a zmiana jaka następuje w bohaterach będzie dotyczyła praktycznie całej ich zawartości duchowej: zachowania, charakteru, stylu bycia. I co bardzo istotne: po początkowych potknięciach i upadkach zadziwiająco szybko odnajdą się w nowych rolach.

Niepowodzenia, które są oczywistymi konsekwencjami wieloletniego wypełniania zupełnie odmiennych ról i obowiązków są nieuniknione. Na początku projekcji są także motorem napędzającym komedię Pouzadoux. Dla bohaterów to prawdziwe małe dramaty, a dla widza – powody do śmiechu. Płacz Ariane, spowodowany brakiem umiejętności podejmowania strategicznych decyzji napędzających machinę firmy jej męża, czy nieudolność Hugo w sprzedaży biżuterii dobrze sytuowanym damom, autentycznie bawi. Niby gdzieś to wszystko już widzieliśmy, skądś to znamy, ale mimo to wypatrujemy z niecierpliwością kolejnych pułapek czyhających na sympatyczną i zaciskającą zęby parę bohaterów.

Żeńskie i męskie atrybuty ulokowane są po mistrzowsku. I mocno przerysowane, co jednak z łatwością można wybaczyć reżyserowi, który kręcąc Kobietę na Marsie, mężczyznę na Wenus z pewnością nie zamierzał unosić scenariusza powstałego na podstawie powieści Alix Giroud de l’Ain pod tym samym tytułem do rangi dramatu psychologicznego. Poza tym przerysowanie, będące jednym z głównych przykazań komedii, świetnie się sprawdza w „wojnie płci” jaką serwuje widzowi Pouzadoux. Mamy więc oficjalnie ciemny, służbowy telefon komórkowy męża i kolorową przybraną wisiorkami komórkę żony. Hugo trudno się rozstać z firmowym przedłużeniem jego zmysłu słuchu, ale „powiedzieliśmy: wszystko” poza płcią fizyczną ma zostać zamienione, więc pan Marsiac niechętnie, ale wymienia się z żoną aparatem. Jednak telefon to płotka w porównaniu z autem. Jak przystało na godnie żyjącą europejska rodzinę bohaterowie posiadają dwa samochody: jej jest cukierkowo różowa Micra, a jego – stalowoszary Jaguar. Mamy więc przerysowanie i kontrast do szóstej potęgi. Jednak to za mało, aby stworzyć dobrą komedię, a do takich niewątpliwie film Pouzadoux należy zaliczyć. Ale jeśli dodać do tego odpowiednio dobrane filmowe środki wyrazu, to takie połączenie jeszcze bardziej uwypukli żeńskie i męskie zamiłowania, zwyczaje i dziwactwa, a historia opowiadana na ekranie zacznie żyć swoim własnym życiem i nabierze świeżości. Wartość przekazu i siła rozśmieszania przestanie spoczywać tylko na komizmie sytuacji, aktorach, ich mimice i wypowiadanych przez nich kwestiach, ale zostanie rozlokowana także na trafnie podkreślonych przedmiotach i zachowaniach. Kapitalnie dobrane najazdy kamery, cięcia montażowe i efekty dźwiękowe zrobią z Micry różowego potwora podważającego męskość pana domu, a z Ariane, patrzącej we wsteczne lusterko, władczego i groźnego dzikiego kota.

A ta muzyka! Komedię Pouzadoux wypełniają piosenki i melodie znane na całym świecie, stanowiące idealny dodatek do poszczególnych sekwencji. Oczywiście to także gdzieś już było, by nie powiedzieć dobitniej: to najtańszy i najbardziej nośny z możliwych chwytów, jakimi może posłużyć się kino rozrywkowe. Tylko… co z tego? Który z widzów, wiedząc, że idzie do kina na komedię, a nie na niszowy film artystyczny, z uśmiechem nie pobuja się w takt cukierkowego Ti amo Tozzi’ego, czy nie ulegnie po raz kolejny rockowemu My Sharona The Knacks? Ja uległam, mimo świadomości że muzyczne hity to najmniej skomplikowany haczyk, jaki może wykorzystać film. Jednakże nie chcę przez to dać do zrozumienia, że Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus jest tylko pustą rozrywką i niczym więcej. Bowiem Pouzadoux za parawanem zbudowanym z różowej Micry i dowcipnych dialogów przemyca sporą garść złotych myśli i wartościowych spostrzeżeń… Zamiana ról w małżeństwie państwa Marsiac, oprócz wprowadzenia szeregu komicznych sytuacji, służy przecież zrozumieniu drugiej strony i [sic] scaleniu coraz bardziej rozluźniających się więzów rodzinnych. Wszak samo uczucie może nie wystarczyć, kiedy pojawi się rutyna codzienności i obowiązków. Zanim Ariane i Hugo nie wprowadzą wspomnianego eksperymentu w życie – nie będą się doceniać tak, jak na to oboje zasłużyli. Tak więc nie tylko o cel „Już ja jej/jemu udowodnię, że potrafię dobrze odegrać jej/jego rolę, w końcu jest ona dużo łatwiejsza od mojej!” tu chodzi, ale przede wszystkim o postawienie się na miejscu tej drugiej osoby, której obowiązki są liczne i trudne, za co należy się jej za ich wypełnianie miłość i szacunek.

Oczywiście, jak setki komedii powstałych wcześniej, tak i film Pouzadoux pochyla się w stronę wdzięcznych uproszczeń i przedstawiania życia jako lepszego niż to, które jest udziałem przeciętnego widza. Tak więc można go uznać za uroczy, mało skomplikowany obrazek. Lecz to tylko pozory… Niby wszystko jest jasne: Ariane i Hugo na pewno wrócą do swoich pierwotnych ról, ale wreszcie zawita w ich małżeństwie zrozumienie drugiej strony, a także docenienie tego, co jest naprawdę ważne. Lecz spotkałam się ze stwierdzeniem, że – ze względu na inicjatywę pani Marsiac, by wcześniej zakończyć eksperyment – Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus to… film antyfeministyczny. Ponieważ sama jestem odmiennej opinii zaczęłam kulturalną sprzeczkę z autorem tegoż sądu, mając nadzieję udowodnić mu swoje racje. Lecz w pewnym momencie poczułam, że siła mojego stanowiska zaczyna słabnąć i musiałam przerwać dyskusję zdaniem, którego tak wdzięcznie nadużywała filmowa Ariane: „Odpowiem w stosownym momencie”. Jeszcze nie mam tej odpowiedzi. Głowię się nad nią. Bo może ta wdzięczna komedia rzeczywiście posiada antyfeministyczne drugie dno?

7/10

Paulina Stoparek


Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus, 2008, prod. Francja, reż. Pascale Pouzadoux, scen. Grégoire Vigneron i Pascale’a Pouzadoux na podst. powieści Alix Giroud de l’Ain pod tym samym tytułem, wyst.: Sophie Marceau, Dany Boon, Antoine Duléry i in.

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Cafe na stronie: http://www.noircafe.pl/kobieta-na-marsie-mezczyzna-na-wenus/.

Advertisements

3 thoughts on “Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s